ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Autonomia i Apolityczność, czyli jak uniwersytety wywijają się od odpowiedzialności

19 czerwca 2025

Autonomia i Apolityczność, czyli jak uniwersytety wywijają się od odpowiedzialności

Tekst jest częścią szóstego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

Autonomia. Apolityczność. To duże słowa, które padają w momencie konfrontacji między władzami uczelni a nami – studenckimi działaczkami, które głośno mówią o tym, gdzie i jak władze uniwersytetu zawodzą. Warto zauważyć jednak, że istnieje znaczący problem w rozumieniu tych pojęć. Polega on na rozdźwięku między tym, po jaką interpretację sięgają władze uczelni, a tym, jak interpretujemy i rozumiemy je my. 

Zacznijmy więc od fundamentalnej kwestii – ram definicyjnych. W tym celu przytoczę fragmenty Ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, w której kwestia autonomii podniesiona została aż trzy (!) razy:

  1. [...] obowiązkiem władzy publicznej jest tworzenie optymalnych warunków dla wolności badań naukowych i twórczości artystycznej, wolności nauczania oraz autonomii społeczności akademickiej;

  2. Podstawą systemu szkolnictwa wyższego i nauki jest wolność nauczania, twórczości artystycznej, badań naukowych i ogłaszania ich wyników oraz autonomia uczelni;

  3. Uczelnia jest autonomiczna na zasadach określonych w ustawie.

Warto zauważyć, że termin apolityczność nie pojawia się w ukazie ani razu. 

Na podstawie tej ustawy możemy wymienić to, co składa się na wspomnianą autonomię,
a więc na to, co samodzielne i swobodne:

  • ustalanie statutu uczelni, struktury organizacyjnej oraz programów nauczania; 

  • prowadzenie badań naukowych;

  • zarządzanie zasobami i finansami uczelni (a więc majątkiem uczelni);

  • podejmowanie decyzji wolnych od ingerencji państwa (wyjątkiem są sytuacje łamania prawa).

Ale! Autonomia, o której mowa dotyczy instytucji jako całości, niekoniecznie natomiast społeczności uniwersyteckiej, która tę instytucję tworzy. Co to oznacza? Na przykład to, że rektor ma możliwość podejmowania decyzji, które wedle ustawy są autonomiczne, ale niekoniecznie kolektywnie uzgadniane bądź demokratyczne.

I właśnie tutaj znajduje się sedno problemu. Wiemy z autopsji, że dla władz uczelni autonomia jest tarczą, za którą łatwo się schować gdy sytuacja robi się niewygodna. Autonomia staje się poręczną wymówką do tego, aby chronić reputację uczelni czy też konkretne osoby, jednocześnie nie rozwiązując realnych i poważnych problemów takich jak: molestowanie, mobbing czy nadużycia wszelkiego rodzaju. To pretekst, by wszelkie procesy na uczelni odbywały się bez jakiegokolwiek wglądu lub kontroli ze strony studentek oraz pracowniczek akademickich, które stanowią nieodłączną część społeczności uniwersyteckiej.

Więc czym autonomia uczelni jest dla nas – osób, które te postulaty podnoszą?

To gwarancja realnego funkcjonowania demokratycznej wspólnoty uczelnianej, w ramach której możemy swobodnie dyskutować, wchodzić w polemikę, działać i się organizować.

To wolność od represji i kar dyscyplinarnych, które stosowane są wobec nas gdy protestujemy, gdy działamy i gdy mówimy głośno o tym, co na uczelniach nie powinno mieć miejsca. Problem polega na tym, że przez ostatnie lata autonomia – o którą tak usilnie walczymy – erodowała. Obecnie jesteśmy stale uciszane i oczekuje się od nas, że będziemy stać z boku i patrzeć, jak uczelnie przekształcają się w twory głuche na nasze potrzeby i aktualne problemy. Niestety nie tylko autonomia dogorywa – wraz z nią przestaje istnieć także uniwersytecka apolityczność. 

W imię kroczącego konduktu żałobnego tych dwóch cnót uniwersyteckich z ogromną przyjemnością przywołam parę wypowiedzi rektora Uniwersytetu Warszawskiego, profesora Alojzego Nowaka (wynika to zarówno z osobistych sympatii, jak i afiliacji uczelnianych):

  1. Z zaniepokojeniem obserwuję wszelkie przejawy aktywności politycznej osób lub środowisk, które, dążąc do zdobycia poklasku, próbują zdyskredytować apolityczność Uniwersytetu Warszawskiego, zdyskredytować jego władze czy osoby z nim związane.

  2. To, co przez lata stanowiło podstawę rozwoju Uniwersytetu, to dbałość o wartości, dbałość o prawdę, wolność, apolityczność, tolerancję i szacunek wobec drugiego człowieka. Na straży tych ideałów stałem zawsze i stał będę, nadal nie poddając się jakimkolwiek naciskom.

Ciężko jest nie uśmiechnąć się podczas czytania tych wypowiedzi, mając w pamięci, chociażby obraz studentek wynoszonych z terenu uniwersytetu. Jak można mówić o realnym dobrze, kiedy uczelnia nasyła na nas policję? Jak można mówić o przyzwoitości działań, kiedy za nasze akty niezgody na uczelnianą politykę zawiesza się nas w prawach studenckich? Jak można mówić o apolityczności, kiedy polityka jest absolutnie wszędzie? Plasowanie siebie, jednostki, w kategorii apolityczności to jedna kwestia. Jednakże w momencie, w którym retoryka ta przenika mury uczelni, sytuacja robi się znacznie poważniejsza. Uczelnia, w przeciwieństwie do jednostek, nie może pozwolić sobie na deklaratywną apolityczność. To instytucja z wartościami i ideami oraz powiązaniami politycznymi, które istnieją niezależnie od performatywnych deklaracji władz (bądźmy szczere: władza zawsze będzie polityczna – nawet jeśli zamiast legitymacji partyjnej nosi rektorski łańcuch). Uczelnia to przestrzeń, która powinna dążyć do niezależności od jakichkolwiek partii politycznych, a nie do obsesyjnego zakazywania aktywizmu niezwiązanego z polityką partyjną ze strony studentek. 

Apolityczność to nie obowiązek uczelni. To wybór, który pozwala na umywanie rąk od tego, co niewygodne. To fasada, która umożliwia władzom uniwersytetów wywijać się od odpowiedzialności, gdy w murach uczelnianych dzieje się coś trudnego i niewygodnego. 

Nie zaprzeczę – sięganie po apolityczność to rozwiązanie dość eleganckie. Wygodne. Godne współczesnych uczelni, na których czytamy Foucaulta i Baumana (czy kogoś ta przyjemność ominęła?) – myślicieli, którzy wciąż przypominają, że nie ma sfery życia społecznego wolnej od polityki. Komunikat płynący z sal wykładowych wydaje się jasny: reprodukujmy wiedzę, ale nie używajmy jej w praktyce. A zwłaszcza nie przeciwko władzom uczelni, gdy ta nas zawodzi

Rektor Nowak twierdzi, że Uniwersytet oparty jest na wolności słowa i szacunku. Zdaję sobie sprawę z tego, że w dobie obecnej sytuacji na polskich uczelniach czasem trudno jest mówić głośno. Z każdym dniem widzimy, że wolność słowa kończy się w momencie, w którym przestajemy być biernymi słuchaczkami. Ale postarajmy się, aby to nas nie zatrzymało. Mówienie głośno ma sens. A jeśli próbują nas uciszyć, kiedy mówimy, powinno stanowić to dla nas jasny sygnał, że nie powinnyśmy przestawać. [krzyczmy]

 

Julia Różańska

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja