O dzieciach alimenciarzy i walce o przetrwanie na uczelni
Tekst jest częścią dziesiątego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Na łamach Alarmu wielokrotnie podejmowaliśmy temat ograniczeń wynikających z sytuacji materialnej studentek i studentów. Jednym z najrzadziej opisywanych problemów socjalnych studiujących jest życie z alimentów — albo raczej próba przeżycia dzięki nim. Mowa o dzieciach alimenciarzy, czyli tych, którzy pobierają świadczenia alimentacyjne od jednego bądź dwójki rodziców. Choć litera prawa wydaje się jasna, polska rzeczywistość egzekucji wyroków alimentacyjnych wciąż pozostawia wiele do życzenia.
Prawo swoje, życie swoje
W powszechnej świadomości, również wśród samych zainteresowanych, funkcjonuje błędne założenie, że rodzic zobowiązany jest płacić alimenty do czasu ukończenia przez dziecko 26. roku życia. W polskim prawie nie istnieje jednak jednoznaczna granica wieku. Zgodnie z art. 133 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego:
rodzice obowiązani są do świadczeń alimentacyjnych względem dziecka, które nie jest jeszcze w stanie utrzymać się samodzielnie.
W praktyce oznacza to, że obowiązek ten trwa tak długo, jak długo dziecko wykazuje chęć do nauki i rzetelnie ją kontynuuje. Dla studentek, z którymi rozmawiałam, ten przepis staje się jedyną przepustką do względnej stabilności.
Warto podkreślić: dla takich osób studia nie są cynicznym sposobem na „wyciąganie kasy” czy ucieczką. Same podejmują pracę i uczestniczą – na tyle, na ile mogą – w życiu społeczności studenckiej. Posiadają także ambicje, które zderzają się z brutalnym brakiem zaplecza finansowego. Wybór ścieżki akademickiej jest nierozerwalnie związany z kalkulacją dotyczącą coraz większej części z nas.
Alimenty jako fundament (lub jego brak)
Marta, studentka I roku studiów magisterskich Dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, jest przykładem osoby, dla której system alimentacyjny stał się przezroczysty z powodu swojej niewydolności. Od zawsze dostawała 300 złotych alimentów, jednak w 2026 roku kwota ta – jak podkreśla – „to w dzisiejszym świecie nic” i wystarcza co najwyżej na małą część zakupów spożywczych. Marta w wieku 17 lat musiała wyprowadzić się z domu dla własnego zdrowia psychicznego. Dziś pracuje na pełen etat, zarabiając 5 200 złotych netto, z czego tysiąc złotych pochłania pożyczka na studia, a 1350 złotych wynajem pokoju. Wybór studiów zaocznych był jej jedyną opcją.
Żeby się utrzymać, muszę pracować na pełen etat, dlatego dzienne studiowanie nie wchodziło w grę.
– wyjaśnia. Mimo to nie chce rezygnować z nauki. Działa w zarządzie studenckiego koła naukowego, które zapewnia jej namiastkę tego niegdyś obiecanego studenckiego życia.
Jakiś czas temu ojciec przestał przesyłać tę kwotę, a Marta odczuwa niepokój na myśl o jej egzekwowaniu:
Mam w sobie dwa wilki: z jednej strony uważam, że mi się należy, bo nigdy się mną nie zajmował, a z drugiej – głupio byłoby mi zabierać mu pieniądze, których wiem, że nie ma dużo.
Stypendia, praca i systemowe pułapki
Podobny schemat destabilizacji widać u studiującej zaocznie na prywatnej uczelni Ani. Czesne opłaca z pieniędzy zaoszczędzonych przy okazji pracy w handlu oraz ze stałej wypłaty. W domu zawsze słyszała, że „nie ma na coś pieniędzy”. Dla niej status studenta to przede wszystkim zniżki w komunikacji i sklepach.
Próbowałam ubiegać się o stypendium w zeszłym semestrze. Po długim oczekiwaniu otrzymałam informację, że go nie uzyskałam.
Stypendium socjalne na uczelniach wyższych pozostaje legendą, bo nikt nie wie jak je otrzymać i nieosiągalnym celem, bo progi wymagają skraju ubóstwa, równocześnie wykluczając podejmowanie jakiejkolwiek pracy zarobkowej. Alimenty otrzymywane przez Anię są zasądzone. Ojciec, mimo skrupulatnych wyliczeń kosztów życia przedstawionych przez matkę, nie poczuwał się do dobrowolnych opłat.
Zupełnie inną strategię przyjął Mateusz. Jako jedyny z moich rozmówców studiuje dziennie, co pozwala mu skupić się na nauce, ale dzieje się to kosztem niemal całkowitego braku kontaktu z ojcem.
Studiuję dla utrzymania alimentów, statusu studenta oraz chęci kontynuowania nauki.
Dopiero po podjęciu kroków prawnych wraz z siostrą udało mu się podwyższyć kwotę do 2 000 złotych (na dwójkę dzieci). Większość tych środków przelewa mamie na opłaty za mieszkanie. W tym przypadku alimenty nie są „kieszonkowym”, ale fundamentem, na którym stoi całe gospodarstwo domowe. Bez statusu studenta Mateusz straciłby nie tylko prawo do nauki, ale i jedyne stabilne źródło dochodu swojej rodziny.
Alimenty alimentom nierówne. Według widełków tablicy alimentacyjnej rodzic z przychodami 15 000-25 000 złotych miesięcznie w 2026 roku będzie łożył na dziecko średnio 4 000 zł. Kwota ta jest niewiele mniejsza najniższemu krajowemu dochodowi (4860 złotych netto). Z drugiej strony są dzieci rodziców zarabiających do 5000 złotych netto, gdzie według tabel alimentacyjnych kwoty powinny oscylować między 800 a 1 500 zł, a w rzeczywistości często zatrzymują się na wspomnianych wyżej trzystu złotych.
Studia dla dzieci alimenciarzy to nie tylko czas nauki, ale przede wszystkim skomplikowana logistyka przetrwania. Dopóki prawo i uczelnie nie dostrzegą tej specyficznej luki, dyplom pozostanie dla wielu symbolem nadludzkiego wysiłku i rezygnacji z młodości na rzecz etatu.
Zofia Mańkowska
Feminizm
Studia
