Studenckie życie w cieniu transformacji
Bieda lat 90. nie oszczędziła studentów.

Tekst jest częścią siódmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Cukierkowa, kolorowa wizja lat 90. XX wieku w Polsce, powiązana z Bravo Girl, grami wideo i rozwojem disco polo jest tylko częścią rzeczywistości tamtego okresu. Za tą pstrokatą fasadą kryła się smutna rzeczywistość tej dekady – walka o przetrwanie i próba odnalezienia się w nowym systemie.
Każdy nowy system rodzi się w przemocy – kapitalizm nie jest wyjątkiem. Jego fundamentem jest mechanizm akumulacji pierwotnej, polegającej z jednej strony na wywłaszczeniu, czyli przekształceniu własności publicznej w prywatną, a z drugiej na kształtowaniu podmiotowości, która zapewnia zgodę i przyzwolenie na nowe reguły. W Polsce w czasie transformacji ustrojowej można wyraźnie wyodrębnić oba te aspekty.
Stopniowo pozbawiano młodych ludzi miejsc w akademikach, stypendiów socjalnych, stołówek i klubów studenckich, a w konsekwencji musieli oni stać się częścią rynku pracy. W tym samym czasie dokonywał się też proces tworzenia nowych tożsamości, który miał wykreować idealne ogniwo kapitalistycznej gospodarki, czyli studenta-pracownika. Zmienić musiał się zwłaszcza stosunek do wykonywanej pracy – konieczne było przejście do logiki konkurencji i samodzielności.
Edukację zaczęto postrzegać jako inwestycję, krok do osiągnięcia sukcesu i przystosowania do nowego systemu. Studentki i studenci okresu transformacji zostali włączeni w ten proces zarówno poprzez kolejne reformy szkolnictwa wyższego, stopniowe obniżanie finansowania tego sektora, ale też poprzez medialne przedstawienia młodych ludzi, kreujące określone wzory i wartości. Życie studenckie, które jeszcze dekadę wcześniej kojarzyło się z klubami, dyskusjami i zaangażowaniem w ruchy społeczne, stopniowo traciło swój buntowniczy charakter. Na pierwszy plan zaczęła wysuwać się kalkulacja: jakie zajęcia wybrać, jakie doświadczenie zdobyć, żeby „nie wypaść z obiegu”. Studenci w prasie mówili: dziś osoba trzeźwo myśląca nie może sobie bimbać w wieku lat 20 i robić coś dla samego robienia, bo to się może źle skończyć.
Studenci i studentki byli wiązani z określonymi wartościami, umocowanymi w dyskursie przemian społeczno-gospodarczych – a więc z przedsiębiorczością, elastycznością, indywidualizmem, zaradnością. Szczególnie zauważalny jest tzw. nowy duch kapitalizmu – ideologia, która łączy wolnorynkowe reguły z narracjami o autonomii, kreatywności, mobilności i zatrudnialności. W tym kontekście „dobry student” to nie tylko przyszły pracownik, ale samodzielny „projekt”, który zarządza sobą jak firmą – nieustannie się rozwija, doskonali. Tożsamości studenckie wpisywane były w logikę przedsiębiorczości, w której kariera staje się nie tyle celem, co moralnym obowiązkiem, a brak sukcesu – osobistą porażką.
W prasie okresu transformacji znajdziemy opisy studentów i studentek wyjeżdżających latem za granicę, próbujących zarobić na kolejny rok akademicki, zakładających firmy w pokoju w akademiku czy pracujących w barach, sklepach, kioskach. Dyskurs w większości normalizował pracę jako niezbędny element życia. Dla niektórych studiujących praca stawała się centrum życia, trampoliną do kariery zawodowej. Decydowali się poświęcić jej więcej czasu niż nauce, podkreślając korzyści płynące z takiego rozwiązania. Model „wygrywającego” studenta opierał się na elastyczności, przedsiębiorczości i skupieniu na przyszłej karierze – to właśnie on stał się wzorem sukcesu w nowym systemie. Idealnymi studentami czasu transformacji są studenci i studentki prywatnych szkół biznesu, kierunków ekonomicznych, działający w organizacjach takich jak AIESEC (Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Nauk Ekonomicznych i Handlowych).
Kto na V roku nie jest jeszcze ustawiony – przegrywa, pisano w Polityce w 1999 roku. Nieustanny wyścig szczurów i konkurencja sprawiła, że znikała wspólnotowość, dzielenie się notatkami, spędzanie wspólnie czasu na uczelni. Studentki i studenci stali się odizolowanymi atomami, krążącymi pomiędzy zajęciami na studiach a dorywczą pracą. Nie wszyscy jednak dostosowywali się do nowej rzeczywistości – przemiana wizerunku szkolnictwa wyższego i studentów nie odbywała się bez sprzeciwu. Narracje o studenckim oporze w latach 90. obejmowały takie formy buntu jak odmowa pracy czy waletowanie, czyli nocowanie w akademikach bez uiszczania opłat. W wielu przypadkach studenci, zmuszeni do adaptacji w nowej rzeczywistości, próbowali odnaleźć przestrzeń dla siebie w systemie edukacji.
Od kandydatek na studia, a potem już od samych studentek, wymagano jasno określonej ścieżki zawodowej, zdobywania nieskończonej liczby dyplomów, kwalifikacji. W prasie opisywano „zawody przyszłości”, doradzano jakie szkoły biznesu wybrać, cytowano prezesów i kierowników, którzy opowiadali, czego szukają w młodych pracownikach. Nieustanne skupienie na rynku pracy – najpierw na zdobyciu kwalifikacji zawodowych, potem na praktykach, zagranicznych stażach, nauczeniu się kilku języków obcych, obsługi komputera – wszystko w tamtym czasie miało być pragmatyczne, przeliczalne, do czegoś potrzebne.
Czy coś się zmieniło? Trzydzieści lat później studenci i studentki nadal łączą pracę z nauką, nadal, podobnie jak pisano w numerze Wprost z 1995 roku, wielu młodych ludzi nie potrafi już powiedzieć, czy uczy się w czasie przerw w pracy, czy pracuje w przerwie między zajęciami szkolnymi. Presja elastyczności, mobilności i samodoskonalenia wydaje się jeszcze większa. Studia mają produkować „kapitał ludzki”: posłuszną, wykształconą masę, którą prywatne firmy mogą przejąć za darmo, bo została już wyszkolona za publiczne pieniądze. System nie potrzebuje zbuntowanych studentek – potrzebuje ludzi, którzy bez szemrania zaakceptują wyścig szczurów.
Magdalena Radomska
Studia


