ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Zgól wąsa, przeproś matkę

20 kwietnia 2026

Zgól wąsa, przeproś matkę

Tekst jest częścią specjalnego wydania Alarmu Studenckiego z okazji Miesiąca Historii Kobiet Pracujących. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

W tym miejscu pragniemy zaznaczyć, że autorka świadomie operuje ironią, gniewem i rejestrem potocznym jako narzędziami epistemologicznymi – nie wbrew kulturze i „akademickości”, lecz w jej obrębie. Dokładniej – w tradycji feministycznej krytyki wiedzy „neutralnej”, która od dawna wskazuje, że doświadczenie ucieleśnione i afektywne jest pełnoprawnym źródłem poznania. Wszystkie obrazy mężczyzn są przypadkowe i nie mają nawiązywać do konkretnych jednostek (nie zesrajcie się chłopaczki).

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, jak to jest, że nasi koledzy są w stanie nader trafnie analizować i krytykować niesprawiedliwości systemów, które nas uciskają, równocześnie rzadko potrafiąc spojrzeć krytycznie na samych siebie i własne zachowania – zachowania reprodukujące pewne schematy, stanowiące przecież integralną część tych samych systemów. Być może tkwią w przekonaniu, że skoro szczerze – w swoich deklaracjach i w głębi serca – podzielają idee feministyczne i otwarcie nazywają się feministami, to tym samym wygrali ideologicznie. Czy chodzi o to, że system patriarchalny nagradza wiedzę – nawet tę rewolucyjną – ale nie uznaje wartości i postaw, które nie wpisują się w model „męskiej” wielkości? Że empatia, samoświadomość czy inteligencja emocjonalna nie należą w ich logice do sfery wiedzy, walki i intelektualnego obycia?

Okazuje się, że systemy opresji – czy to patriarchalny, czy kapitalistyczny – nie istnieją wyłącznie „na zewnątrz”, w abstrakcyjnym społeczeństwie. Są też głęboko zinternalizowane. Tkwią w naszych świadomościach i podświadomościach, w procesach socjalizacji, w często nieuświadomionych wzorcach zachowań, ale także w samym sercu naszej podmiotowości. Droga od bycia feministą „w sercu i teorii” do bycia feministą w praktyce (tzn. takim, przy którym kobiety faktycznie czują się swobodnie i bezpiecznie oraz mają zapewnioną równą przestrzeń do funkcjonowania) jest dość wyboista. Wymaga rzeczywistej, żmudnej pracy, nieustannej samokrytyki i ciągłego kwestionowania własnych – zdawałoby się oczywistych – przekonań i zachowań. Nie wystarczy zapamiętać kilku cytatów Marksa czy Engelsa o równości płci, przeczytać Judith Butler czy bell hooks, założyć crop top, odkryć w sobie „kobiecą stronę” lub nawet „naturę”.

O zgrozo, nie wystarczy deklarować oburzenia sytuacją kobiet czy opowiadać o tym, że wychowało się wśród kobiet, przy samotnej matce, jako jedyny chłopiec wśród wielu sióstr. Żadna z tych rzeczy nie czyni z ciebie jeszcze feministy. Przyjęcie określonego zestawu poglądów nie jest tożsame z ich przepracowaniem, a tym bardziej z ich zrozumieniem. Nie przerzucajcie całej antypatriarchalnej pracy na kobiety, od których oczekujecie, że będą was nieustannie edukować i napominać (co często nie jest nawet możliwe, bo przerywacie nam każdą wypowiedź). Jesteśmy zmęczone. Nie chcemy i nie będziemy wam feministycznie matkować.

Obszarem, w którym najdotkliwiej zderzyłam się z iluzorycznością lewicowych deklaracji kolegów, była sfera romantyczna. To właśnie w relacjach intymnych patriarchat wydaje się trzymać najmocniej – jakby lewica nie wchodziła z nami do łóżka. Spójność między głoszonymi ideami a codzienną praktyką zdaje się omijać nasze związki i relacje. W środowiskach i organizacjach lewicowych, dopóki nie mamy do czynienia z jaskrawym przypadkiem przemocy, zwykle przyjmujemy postawę nieingerencji. Lepiej się „nie wtrącać”. Kolega skrytykuje cię może za rasistowski czy ksenofobiczny żart, ale twoje zachowania w sferze romantycznej i emocjonalnej pozostają już wyłącznie twoją i twojej partnerki sprawą. Jakby ta sfera nie była uznawana za wystarczająco poważną dla radykalnych bojowników. Dlaczego więc stosujemy sankcje społeczne wobec zachowań jawnie sprzecznych z lewicowymi wartościami – takich jak ksenofobia czy sympatie faszystowskie – a przymykamy oko, gdy czyjeś postępowanie wobec partnerki daleko odbiega od feministycznych deklaracji? I kto na takim „niewtrącaniu się” zyskuje? Z reguły mężczyźni.

Opierając się zarówno na własnych doświadczeniach z mężczyznami, jak i na relacjach moich przyjaciółek i przyjaciół, spróbuję złożyć z tych historii kilka przykładów ilustrujących moją myśl. Są one konglomeratem zachowań wielu różnych osób i nie mają na celu portretowania kogokolwiek konkretnego. Jeśli jednak dostrzeżesz w nich podobieństwo do siebie… może warto zgolić (lewicowego) wąsa i zrewidować pewne przyzwyczajenia. Może nawet przeprosić matkę.

Dobrzy chłopcy

Wszyscy oni to oczywiście „dobrzy chłopcy”, którym „z oczu dobrze patrzy” i którzy na klatce schodowej mówią dzień dobry. Bywają nieco zagubieni życiowo i smutni – rzecz jasna nie bez powodu. W końcu wszyscy znajdują się pod butem kapitalizmu, ucisku i wyzysku, a także wynikających z tego problemów psychicznych.

Niekiedy można odnieść wrażenie, że będąc aż nadto świadomymi własnej beznadziei, zapominają, iż wciąż mają realną możliwość zranienia drugiej osoby. Brakuje im poczucia odpowiedzialności za własne czyny – nawet te drobne – bo zdaje im się, że życie odebrało im już wszelką sprawczość. A przecież, jak pisała Flora Tristan, nawet najbardziej uciskany mężczyzna może uciskać inną osobę – swoją żonę. To ona jest proletariuszką proletariatu1. Świadomość własnego cierpienia i wyczerpania nie wyposaża ich niestety w umiejętność przyzwoitego traktowania innych – zwłaszcza gdy tymi innymi są kobiety znajdujące się w słabszej pozycji społecznej, socjalizowane do nadmiernej emocjonalności i bardziej narażone na zranienie, gdy w grę wchodzą relacje romantyczne. Mężczyzn nie uczy się bowiem, że ich poczucie własnej wartości zależy od walidacji i pożądania ze strony płci przeciwnej; kobiety – owszem. Ta fundamentalna nierówność nie dociera do niektórych mężczyzn. Dostrzegają ją wyłącznie w teorii, w szeroko pojętym „społeczeństwie”, ale już nie we własnym postępowaniu. Mimo to będą nazywać się feministami, „dobrymi chłopcami” czy nosić koszulki z hasłami kurdyjskiej rewolucji kobiet.

Czy gdybym również miała broń w ręku, szanowalibyście mnie bardziej?

Na spotkaniach płynnie cytują Marksa lub Kropotkina, przy piwie dyskutują o rewolucji i socjalizmie. Sprawiają wrażenie wzorcowych lewaków. W praktyce natomiast pojawia się ghosting, nieścisłości, chaos komunikacyjny i wiele innych – niekoniecznie uświadomionych – form sprawiania komuś cierpienia. Gdy spróbujesz im zwrócić na to uwagę, łatwo wyjdziesz na rozhisteryzowaną wariatkę robiącą z igły widły. Świadomość konsekwencji własnych zachowań również nie wydaje się ich szczególnie zajmować.

Jedną z kluczowych cech omawianej przeze mnie postawy jest swoista selektywność w zakresie odpowiedzialności za własne czyny. Kiedyś dowiedziałam się, że chłopak, z którym się spotykałam, w tym samym czasie spotykał się również z innym chłopakiem. Ten zresztą zwrócił mu już uwagę, że jego zachowanie nie jest w porządku. Gdy był zbyt „jakiś” lub „zajęty czymś tam”, by być komunikatywny, po prostu znikał albo angażował się w relację z kimś innym. Czas aktywować „uprzywilejowanie kruchości”. Osoby funkcjonujące w ramach omawianej dynamiki często posługują się narracją własnej bezradności nie tylko jako autentycznym opisem swojego stanu, lecz także – a może przede wszystkim – jako narzędziem zawieszającym zwykłe normy relacyjne. Innymi słowy: „jestem zbyt zmęczony, by odpowiadać na wiadomości, ale wystarczająco sprawny, by inicjować nowe znajomości”. Jeżeli ktoś już raz zwraca ci na coś uwagę, dlaczego później idziesz do drugiej osoby i robisz dokładnie to samo? Mogłabym teoretyzować o emocjonalnym sadyzmie, ale możliwe, że już samo robienie komuś mętliku w głowie swoim zachowaniem waliduje poczucie męskości – pod przykrywką niezależności. Patriarchat musi być aktywny. Ach, ci aktywiści…

Może obok Marksa warto byłoby zapamiętać również słowa Öcalana, kluczowej postaci dla obnoszonej przez niektórych rewolucji kobiet:

Mężczyzna, który nie traktuje kobiet z szacunkiem, nie może być socjalistą².

Rzecz jasna brak szacunku i poważnego traktowania rozciąga się tu na każdą osobę, z którą wchodzi się w relację – niezależnie od płci.

Warto tu również odnieść się do koncepcji „odpowiedzialności relacyjnej” rozwijanej przez feministyczne teorie etyczne (np. Carol Gilligan, Nel Noddings). W przeciwieństwie do abstrakcyjnych, uniwersalistycznych systemów etycznych, operujących na poziomie zasad i deklaracji, etyka troski zwraca uwagę na to, że moralność realizuje się przede wszystkim w konkretnych, jednostkowych relacjach. To, czy jesteśmy „dobrymi ludźmi”, nie rozstrzyga się w sferze naszych przekonań ani nawet w naszych publicznych działaniach, lecz w tym, jak traktujemy tych, którzy są od nas zależni, którzy nam ufają i którzy wchodzą z nami w intymne przestrzenie życia.

Mechanizm „odcinania się” od odpowiedzialności bywa też wspierany przez specyficzną interpretację pojęć takich jak „otwartość relacji” czy „nie-monogamia”. W środowiskach lewicowych często funkcjonują one jako znaczniki progresywności i emancypacji. Tymczasem bywa, że owe kategorie stają się parawanem dla zwykłego, patriarchalnego wzorca – korzystania z dostępu do wielu osób bez informowania ich o tym, bez negocjowania granic i bez ponoszenia konsekwencji własnych wyborów. Oto „monogamia jednostronna”. Etyczna poliamoria? Tej pani nie znamy. Chyba potrzebujemy więcej czasu, żeby oswoić się z tym pojęciem – może miesiąca przerwy?

Spotykanie się z mężczyznami nieheteroseksualnymi ujawnia jeszcze jedną, interesującą dynamikę. Rozumiejąc nieheteroseksualność nie tylko jako orientację, lecz także jako kategorię tożsamościową, można by oczekiwać, że skoro ktoś przekroczył jedną normę, to tym samym jest bardziej wyemancypowany z patriarchalnych wzorców. Praktyka pokazuje jednak, że nie ma tu automatycznej korelacji. Czy swoich kochanków traktujecie tak samo (źle) jak kochanki? Bycie nieheteroseksualnym nie stanowi automatycznej tarczy przed patriarchatem. Można być jednocześnie uciskanym ze względu na orientację i uciskać ze względu na płeć. Szczególnie wymowny jest moment, gdy mężczyzna – kiedy na chwilę się od niego odwracam – kieruje swoje zainteresowanie w stronę moich męskich przyjaciół. Kobieta staje się wówczas raczej „przepustką” do środowiska niż pełnoprawną partnerką – sposobem na oswojenie się z queerową przestrzenią i dotarcie do „właściwych”, bardziej szanowanych obiektów zainteresowania. Prowadzi to do pytania: kim wobec tego jest kobieta dla osoby odczuwającej pociąg do różnych płci? Czy gdybym była bardziej androgeniczna, szanowalibyście mnie bardziej?

Wyzwoliciele

Nieco odmienny typ stanowi mężczyzna, który kurdyjskie ujęcie problemu patriarchatu ma jakby „w negatywie”. Taki wzorcowy socjalista czy rewolucjonista nie zaprząta sobie głowy kwestiami męskiego ucisku i feminizmu, albowiem ponad wszelkie formy opresji przedkłada opresję systemu kapitalistycznego – mierzalną w materialnych warunkach bytowych. W tej logice walka socjalistyczna, dążąca do powszechnie rozumianej wolności i równości wszystkich ludzi, automatycznie staje się także walką feministyczną.

Z trudnością przychodzi mu uznanie, że patriarchat jest systemem opresyjnym co najmniej na równi z kapitalizmem – a nawet, że w ogóle jest systemem – oraz że jego korzenie sięgają znacznie głębiej i dalej niż moment historyczny, w którym Marks umieścił rozwój produkcji kapitalistycznej. Uznanie równoważności tych walk i opresji prowadziłoby bowiem do konieczności przyznania, że utopijne „wyzwolenie” nie musi być osiągalne wyłącznie poprzez walkę klasową, lecz także poprzez walkę feministyczną. To z kolei podważyłoby absolutną pewność co do słuszności własnego modelu emancypacyjnego. Równie trudne – choć logicznie z tego wynikające – jest uznanie, że jako mężczyzna jest się częścią problemu i że równie dobrze można być tym, który uciska, a nie tylko tym, który jest uciskany. Wydaje się to jednak kluczowe dla kształtowania lewicowej tożsamości. Trudno uznać własne uprzywilejowanie, gdy tyle czasu teoretyzowało się i walczyło z perspektywy uciskanego proletariusza czy prekariusza.

Warto też zaznaczyć, że wiele cierpień, jakich doświadczają kobiety w systemie patriarchalnym, nie ma bezpośredniego związku z ich bytem materialno-ekonomicznym. Choć są one rozłożone nierównomiernie, dotykają kobiet niezależnie od klasy, z której się wywodzą. Przemoc seksualna, psychiczna i fizyczna może zaistnieć nawet wtedy, gdy „zamknięta zostanie ostatnia fabryka”

Sądzę, że osoby takie błędnie wyobrażają sobie walkę socjalistyczną jako niezdefiniowanie doskonałą, utopijną i wszechinkluzywną, nie dostrzegając niebezpieczeństwa tkwiącego w takim myśleniu. Po pierwsze: ja – jako kobieta – nie chcę czekać na niedoczekany moment zniesienia podziałów klasowych, by moi koledzy, przyjaciele, partnerzy i towarzysze mogli traktować mnie przyzwoicie i bym nie musiała żyć w ciągłym lęku. Po drugie: dopóki nie poczuję, że jestem wśród nich poważana i bezpieczna, nie będę chciała obok nich walczyć o zniesienie czegokolwiek – co wydaje się szczególnie ważne dla sympatyków masowych ruchów mających obalić aktualny „porządek”. Po trzecie: jestem jak najbardziej w stanie wyobrazić sobie, jaki „socjalizm” i jakie „wyzwolenie” może przynieść mi ruch prowadzony przez mężczyzn bagatelizujących dyskurs feministyczny lub niepotrafiących (albo niechcących) odróżnić go od dyskursu socjalistycznego.

Potrafię sobie wyobrazić, że nawet w wymarzonym, bezklasowym świecie, wolnym od niedostatków materialnych, mężczyźni nadal będą wychowywać się w toksycznym systemie, gardzić kobietami, traktować je jak własność, odbierać im podmiotowość, gwałcić czy mordować. Ucisk kobiet można przecież umieścić historycznie wcześniej niż warunki kapitalistyczne i zaobserwować go niezależnie od różnych układów materialno-politycznych. Nie wierzę, by zniesienie podziałów klasowych automatycznie wyzwoliło kobiety i zniosło wszystkie inne formy opresji. Nie uważam też, by należało hierarchizować ważność poszczególnych walk – zwłaszcza gdy w przypadku jednej z nich już teraz można poczynić drobne, ale istotne zmiany, choćby we własnym zachowaniu.

Być może nie należysz do klasy kapitalistów, by móc się z niej na rzecz socjalizmu wypisać, ale jesteś częścią patriarchatu. Nie chcę wyzwolenia prowadzonego „dla mnie” przez mężczyzn, którzy nie potrafią mnie nawet wysłuchać. Częste wymówki, które – właśnie w relacjach romantycznych – dostrzegam najsilniej, że nie będą zajmować się swoimi wadami jako mężczyźni czy partnerzy, bo „walka o przejęcie środków produkcji” jest zadaniem o wiele poważniejszym i nie mają czasu, by traktować mnie poważnie, są po prostu absurdalne. A jeżeli naprawdę tak uważają, niech przestaną wikłać siebie i innych w różne relacje.

Dużo bardziej wolałabym, aby każdy taki domniemany rewolucjonista poświęcił choć tydzień swojego cennego czasu na refleksję nad tym, jak sam uciska innych i jaką krzywdę wyrządza mu samemu patriarchat, niż na swoją świętą wojnę przeciwko tym, którzy uciskają „u góry”. O wiele bardziej wolałabym nie być ciągle zmęczona lękiem, zraniona interakcjami z „dobrymi chłopcami” i niepewna swojej pozycji w społeczeństwie, niż w takich warunkach patrzeć, jak wyzwalają mnie rewolucjoniści, którym z oczu dobrze patrzy.

To, co opisuję, może wydawać się „mało znaczącymi” przykładami wobec skrajnie przemocowych i mizoginistycznych sytuacji, o których słyszy się w różnych środowiskach lewicowych. Właśnie dlatego tak łatwo zamieść je pod dywan i nie traktować jako elementu tego samego systemu. A może gdyby zacząć od tych „małych”, codziennych zachowań, udałoby się ograniczyć także te najbardziej skrajne?

Kiedy związki niezawodowe rozpierdalają związki zawodowe

Czy rozwiązaniem byłoby więc nieumawianie się w swoim kręgu aktywistycznym albo całkowita rezygnacja z relacji romantycznych? Wszyscy znamy przykłady, jak romanse w organizacjach lewicowych potrafią poważnie nimi zatrząść. Wszyscy wierzymy – może poza chłopakami, którzy wstępują do takich organizacji właśnie po to, aby pod przykrywką woke feministy łowić kobiety (ale to temat na osobną rozmowę) – w obrane przez nas cele i nie chcemy, aby prywatne relacje członków i członkiń stawały na drodze do ich realizacji.

Jednocześnie, mając doświadczenia z tak zwanymi „normalnymi ludźmi”, liberałami czy osobami przekonanymi, że feminizm polega na legitymizowaniu hegemonii przy urnie wyborczej raz na kilka lat, naprawdę nie wiem, jak miałabym spotykać się z kimś, kto nie jest w stanie nawet deklaratywnie uznać przemocy, jaką patriarchat wyrządza kobietom – nie mówiąc już o sytuacjach, w których sam się jej dopuszcza. Pomijam tu zresztą szereg innych wrażliwości i przekonań, które uważam za niezbędne, by być przyzwoitym człowiekiem.

Myślę też, że całkowita rezygnacja z relacji i bliskości – a więc także z miłości i szczęścia – choć w krótkiej perspektywie może wydawać się motywująca w walce z kapitalizmem, w dłuższej byłaby dokładnie tym, czego kapitalizm od nas chce. Oznaczałoby to wyrzeczenie się własnych potrzeb i prawa do relacji, których nie da się skapitalizować ani zmonetyzować. W efekcie zostalibyśmy z atomizacją, beznadzieją i smutkiem – zamiast budować to, co mogłoby być realną alternatywą.

Czy mogę was krytykować, skoro sama nie jestem idealna?

Nie twierdzę oczywiście, że sama jestem wolna od wad ani że nie reprodukuję patriarchalnych wzorców. Zostałam zsocjalizowana do roli kobiety, której podmiotowość definiuje bycie dobrym obiektem pożądania – partnerką, żoną – oraz poszukiwanie walidacji u mężczyzn w relacjach romantycznych. Kiedy moje własne cechy charakteru spotykają się z męską socjalizacją, która na pierwszym miejscu stawia niezależność (choć czy życie w ciągłej ucieczce przed zaangażowaniem można nazwać niezależnością?) i brak emocjonalności – często przejawiający się w wycofaniu wobec potrzeb drugiej osoby – powstaje mieszanka bolesna dla obu stron.

Powtórzę jednak: nie piszę tego tekstu po to, by kogokolwiek rozliczać. Podane przykłady mają jedynie ilustrować absurdy, z którymi się spotkałam. Chciałabym raczej rozpocząć dyskusję o tym, czego mamy prawo oczekiwać od samozwańczych lewaków, o znaczeniu sfery romantycznej w naszym dyskursie oraz zaapelować do osób męskich i masc identyfikujących się z lewicą, by przyjrzały się temu, jak ich poglądy przejawiają się w praktyce – w relacjach z koleżankami i partnerkami.

Wiara w feminizm nie wystarczy. Bycie feministą wymaga przełożenia tej wiary na konkretne zachowania oraz indywidualnej pracy nad systemem przekonań uznawanych „na lewicy” za oczywiste. Postulaty socjalizmu czy anarchizmu zakładają przecież równość wszystkich – nie tylko uciskanych mężczyzn-robotników i nie tylko równość materialno-ekonomiczną.

Bestiariusz lewicowej niekonsekwencji strukturalnej

Jeżeli zebrać wszystkie opisane wcześniej figury w jedną, wyłania się ciekawa postać – nasz własny „best boy – frankenstein”. Nie jest to typ psychologiczny ani jednostkowa patologia, lecz produkt konkretnego układu społecznego: mężczyzna socjalizowany w patriarchacie, który przyswoił język krytyki systemowej szybciej niż umiejętność autorefleksji, a kapitał symboliczny lewicowości traktuje jako substytut pracy nad sobą.

Funkcjonuje doskonale w sferze deklaratywnej: zna pojęcia, cytaty i estetykę, potrafi rozpoznać faszyzm, rasizm i kapitalizm. Jednak jego praktyki intymne pozostają poza obszarem uznanym przez niego samego za polityczny. W relacjach romantycznych reprodukuje dokładnie te same hierarchie, które deklaratywnie zwalcza: asymetrię władzy, brak odpowiedzialności, instrumentalizację cudzych emocji oraz fetyszyzację własnej kruchości jako usprawiedliwienia krzywdzenia innych.

„Lewak niekonsekwentny strukturalnie” nie widzi siebie jako opresora, ponieważ opresję rozumie wyłącznie w kategoriach makro – państwa, kapitału, policji czy granicy – nigdy w skali mikro. Jego feminizm znika dokładnie tam, gdzie zaczyna się odpowiedzialność. Bez realnej pracy nad relacyjną praktyką lewica będzie więc wciąż produkować mężczyzn ideologicznie radykalnych i emocjonalnie reakcyjnych, a kobiety, osoby femme, trans i niebinarne nadal będą płacić koszt tej sprzeczności własnym bezpieczeństwem, zdrowiem psychicznym i zdolnością do zaufania.

Tłumacząc z naszego na wasze: zacznijcie traktować swoje relacje jak przestrzeń polityczną, a nie strefę bezkarności. Jeśli socjalizm, anarchizm, komunizm i feminizm są dla ciebie naprawdę ważne, to – drogi kolego – najwyższy czas, by twoje relacje stały się równie rewolucyjne jak twoje poglądy.

 

Za ogromną pomoc w pisaniu i redagowaniu pragnę podziękować Weronice Ziółkowskiej.

Agata Radziszewska

 

[1] M. Albistur, D. Armogathe, Histoire du féminisme français, éditions des femmes, Paris,1977, s. 428., polskie tłumaczenie za: Natalia Krzyżanowska, Kobiety w polskiej sferze publicznej, wydawnictwo Adam Marszałek, 2012.

[2] Öcalan A., Kürdistan’da kadın ve aile, Weşanên Serxwebûn 62, s. 81 i 111, 1993, polskie tłumaczenie za: Zabić [dominującego] mężczyznę, Instytut Andrei Woolf, dystrybucja kolektyw Zoria.

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja