Jak nie promować kultury fizycznej: sport na uczelniach
Tekst jest częścią dziesiątego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Potencjał szkół wyższych jako przestrzeni promocji zdrowego trybu życia jest oczywisty – zarówno poprzez rekreacyjny, jak i półprofesjonalny sport. Uczelnie to wielkie zakłady pracy o dużych zasobach lokalowych, organizujące plan dnia tysiącom młodych ludzi. Dziś ten potencjał próbuje się realizować przede wszystkim za pomocą obowiązkowych zajęć wychowania fizycznego. Mają one już długą historię – zostały wprowadzone na uczelnie w latach 50., gdy były one do tego zadania początkowo zupełnie nieprzygotowane. I choć dzisiaj od strony organizacyjnej z pewnością jest lepiej, obowiązkowy WF nie jest receptą.
Dla wielu z nas jest to jedynie formalny wymóg ukończenia studiów. Zapisujesz się na zajęcia, które pasują ci do planu, zjawiasz się przez cały semestr, byle dostać wpis na listę obecności. I tyle. Chyba, że zapomnisz o dokładnej godzinie rejestracji na WF – wtedy nie wybrzydzasz i bierzesz ping-ponga o 21.00 po drugiej stronie miasta albo dodatkowo płatny brydż sportowy. W wielu przypadkach doświadczenie obowiązkowych zajęć wychowania fizycznego nie zachęca do uprawiania sportu.
Poza godzinami zajęć sale sportowe, siłownie i boiska stoją puste. Wstęp dla studentów i studentek jest (zwykle) wzbroniony. Nawet jeśli taką przestrzeń można zarezerwować, wiąże się to ze zbędną biurokracją, a często również z opłatą. Tzw. wolny rynek dostrzega tu niezaspokojoną potrzebę i wkracza do gry – co drugą tablicę ogłoszeń na wydziałach zdobią reklamy różnych sieci klubów fitness oferujących specjalną taryfę dla studiujących, którzy chcą uprawiać sport.
Tyle miejsce, że aż go brakuje
Dwie największe krakowskie uczelnie mogą się pochwalić niemałym zasobem obiektów sportowych. W dyspozycji Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczo-Hutniczej są hale sportowe, boiska do piłki nożnej i plażowej, korty ziemne i do squasha, siłownie, sauny, ścianki wspinaczkowe, łaźnie czy baseny. Kto jednak może z nich korzystać?
W teorii – wszyscy. W praktyce zarezerwowane są dla dedykowanych grup zajęciowych, sekcji sportowych albo dla tych, których stać na ich najem komercyjny. Ile kosztuje wynajęcie salki? Za 90 minut użytkowania sportowej hali B, na AGH, zapłacimy 1050 złotych. Na UJ za to wynajęcie połowy boiska piłkarskiego na 90 minut kosztuje 400 złotych. Co ciekawe, kort do squasha jest jedną z tańszych opcji – korzystanie z niego przez godzinę wyniesie nas 50 złotych. Trudno się dziwić, że mało kto z tych przestrzeni korzysta.
Sam koszt jest tylko jedną z barier, które sprawiają, że z ogromnych obiektów sportowych korzystają tylko nieliczni. Jego obniżenie nie sprawi, że rzesze studiujących wyjdą na boiska grać w siatkówkę.
Produkcja wspólnoty poprzez aktywność sportową
Uprawiających sport studentów i studentek nie wydaje się być wielu. Trudno też znaleźć na studiach osoby z doświadczeniem gry w drużynach sportowych w swoich nastoletnich latach. Podzielę się swoją perspektywą na wspólnototwórczość sportu.
W koszykówkę grałem od podstawówki. Wyjeżdżając z Podkarpacia na studia zakładałem, że w mieście takim jak Kraków okazji będzie do tego tylko więcej. Kwestie tego gdzie oraz z kim zdawały się być formalnością. Przejrzałem więc ofertę uniwersytetu, dzięki której dowiedziałem się, że posiada sekcję koszykarską. Okazało się, że treningi odbywają się między 19 a 23 – zależnie od płci. Moje zajęcia na pierwszym roku zaczynały się o godzinie 8.00. Potrzeba snu zwyciężyła tym sposobem nad hobby. Nie traciłem determinacji i szukałem dalej.
Najłatwiejszą alternatywą okazały się boiska szkolne i orliki. Tam jednak rzadko trafisz na ludzi w wieku studenckim. Dominują tam uczniowie szkół ponadpodstawowych lub zajawkowicze, którzy pamiętają oglądanie na żywo meczów Michaela Jordana w koszulce Chicago Bulls. Partnerzy do gry? Tak, ale trudniej o stałe przyjaźnie.
Z czasów gry w koszykówkę pamiętam, że to właśnie luźniejsze formy gry sprawiały, że zintegrowałem się z kolegami z drużyny. Mogliśmy puścić muzykę, którą chcieliśmy, zagrać w HORSE’a, 66 czy 3 na 3 i równocześnie rozmawiać bez martwienia się, czy przy następnym ćwiczeniu zabraknie nam sił jak na treningu.
Nie potrzebowaliśmy saun, czy zespołu profesjonalistów, żeby się zintegrować. Do tego wystarczy piłka i ogólnodostępne boisko, a znajomości i ludzie znajdą się same.
AZS, stypendia, widowisko
Władze uczelni i ministerstw łączy zamiłowanie do widowiskowego „sportu akademickiego” – prezesem Akademickiego Związku Sportowego jest nie kto inny, jak rektor Uniwersytetu Warszawskiego, Alojzy Nowak! Zazdrość wywołują w nich akademickie ligi futbolu amerykańskiego i koszykówki, czy zawody wioślarskie pomiędzy Oxfordem i Cambridge. W pogoni za Zachodem sport na uczelni widzą tylko w tej spektakularnej formie. Uczelnie uruchamiają dodatkowe stypendia dla sportowców, które mają za zadanie przyciągnąć tych z największym potencjałem, aby wybrali tę konkretną placówkę, swoimi kolejnymi sukcesami zwracając „inwestycję” w walucie prestiżu. Abstrahując od skuteczności takich zachęt, proces ten odbywa się kosztem pozostałych studiujących i sportu bardziej rekreacyjnego. Zamiast inspiracji brytyjskim wyścigiem wioślarskim proponujemy rektorom i ministrom inspirację francuskim systemem wsparcia socjalnego, gdzie stypendium socjalne otrzymuje jedna czwarta wszystkich studiujących. Odbiorcy takiego stypendium nie przynoszą tyle „prestiżu” uczelni, ale to przecież nie o prestiż, a o zapewnienie dostępu do edukacji chodzi w publicznym systemie szkolnictwa wyższego.
Sekcje AZS są z reguły dostępne dla osób, które już mają pewne doświadczenie z danym sportem. Nic nie dowodzi tego lepiej niż sekcje narciarstwa czy żeglarstwa. Są to sporty, których uprawianie wymaga ogromnych nakładów finansowych, dlatego do sekcji rekrutują się przede wszystkim osoby z bogatych rodzin. Następnie zdobywając wysokie miejsca w Akademickich Mistrzostwach Polski (AMP), nabijają punkty do stypendium rektora i dostają „wsparcie finansowe” od uczelni choć pewnie poradziliby sobie świetnie bez niego.
Utrzymanie systemu sportu na uczelniach wymaga szeregu wydatków. Budowa obiektów sportowych i ich utrzymanie, zakup sprzętu i zatrudnienie pracowników. Ale widoczna, medialna jest w zasadzie tylko ta pierwsza. Dobrze sprzedać można wypłatę stypendiów najlepszym sportowcom (mogą zapozować do zdjęcia z rektorem) albo programy wsparcia profesjonalnego sportu studenckiego, np. przygotowanie do Uniwersjady. To nie jest też tak, że pieniędzy na sport uczelniany w ogóle nie ma. W klimacie straszenia wojną można łatwo znaleźć pieniądze na każdy odpowiednio militarny projekt. W 2025 roku prawie jedna czwarta budżetu Zarządu Głównego AZS – 14 milionów złotych – stanowiła wydatki na program upowszechniania strzelectwa. Żeby efekty tych wydatków nie były skoncentrowane na wąskiej grupie uprzywilejowanych, władze nie mogą traktować sportu na uczelni jako maszynki do produkcji prestiżu.
Zainwestować w sport, czyli w zdrowie
Coraz szersze grono słusznie bije na alarm w kwestii zdrowia psychicznego studiujących. Sytuacja naszego pokolenia w tej kwestii jest paląca. Aby ten problem malał, musimy mieć możliwość zaspokojenia naszych podstawowych potrzeb. Tak jak pewny dach nad głową, zdrowe i regularne posiłki, przestrzeń do odpoczynku i integracji, tak miejsce i czas do ćwiczeń fizycznych, czy rekreacyjnego uprawiania sportu są niezmiernie potrzebne dla zdrowia fizycznego i psychicznego.
Zamiast zlecać kolejne badania, które próbują identyfikować przyczyny dropoutu, wygodnie pomijając kwestie materialne, rektorzy i ministrowie powinni zacząć od podstaw. I tak, w najwyższym priorytecie są to miejsca w akademikach, stypendia socjalne i publiczne stołówki, ale – jak przekonujemy w tym numerze Alarmu – także miejsca kultury. Wreszcie są to właśnie przestrzenie kultury fizycznej. I nie, nie trzeba budować nowych stadionów i wielkich hal sportowych (choć na wielu uczelniach przestrzeni sportowych mogłoby zdecydowanie przybyć). Trzeba przede wszystkim zmiany podejścia do sportu na uczelni.
Kultura fizyczna na uczelni nie może być mieszanką obowiązkowego, byle-zaliczonych zajęć i „sportu akademickiego”, który ma przynosić prestiż dla władz i wypłaty stypendiów dla uczestników. Sport na uczelni musi być dostępny. Ma pełnić funkcję integracyjną oraz dawać możliwość aktywnego spędzenia czasu, wspomagając zdrowy tryb życia. Zamiast gonić prestiż – otwórzcie sale, siłownie i boiska dla studiujących.
Filip Bijak, Stanisław Sieniawski
Kultura
Studia
