Tekst jest częścią dziesiątego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
W 1977 roku Zofia Kulik sfotografowała siebie z miotłą. To zdjęcie było częścią pracy dokumentacyjnej, którą prowadziła równolegle z działalnością artystyczną w duecie KwieKulik i w ramach Pracowni Działań, Dokumentacji i Upowszechniania. PDDiU mieściła się w jej mieszkaniu, Zofia prowadziła archiwum, korespondencję i organizację.
Opowieść o kulturze studenckiej lat 70. i 80. jest zazwyczaj opowieścią o ideach i przestrzeniach: Sigma, Hybrydy, FAMA, ZSP. Rzadziej jest opowieścią o produkcji przestrzeni. W środowiskach artystycznych i studenckich kobiety wykonywały tę pracę nie jako wolontariat czy usługę dla innych, ale jako własną praktykę – twórczą, intelektualną, organizacyjną. Ich wytwarzanie bywało jednak klasyfikowane inaczej niż analogiczna praca mężczyzn.
Polska Ludowa stworzyła dla tej pracy warunki materialne. Instytucje takie jak ZPAF czy domy kultury zatrudniały kobiety jako artystki i pracownice kultury w ramach systemu, który traktował twórczość jako pracę produkcyjną w sensie ekonomicznym, nie jako powołanie zarezerwowane dla wyjątkowych jednostek. Stołówki, żłobki, infrastruktura socjalna realnie odciążały część pracy reprodukcyjnej, co oznaczało, że kobiety miały więcej czasu i instytucjonalnego zakotwiczenia do własnej działalności. Badaczki takie jak Małgorzata Fidelis dokumentują, że aktywność zawodowa kobiet w tym okresie – w tym artystyczna – była realnie wyższa niż sugerowałoby to późniejsze narracje o „wyzwoleniu przez transformację”.
Transformacja zniszczyła tę infrastrukturę szybciej niż zmienił się podział obowiązków. Prywatyzacja opieki, komercjalizacja przestrzeni, likwidacja stołówek i domów kultury – uderzyły asymetrycznie w tych, którzy i tak nieśli więcej. Równocześnie konserwatywny backlash lat 90., obecny zarówno w Kościele, jak i w przekształcającym się mainstreamie politycznym, przepisał domowość kobiety jako jej naturę, nie ekonomiczną konieczność. Kultura studencka w tym samym czasie przechodziła od modelu wytwarzania do modelu konsumpcji: dawne kluby traciły charakter miejsc produkcji na rzecz rozrywki, a uczestnictwo zaczęło być mierzone siłą nabywczą, nie zaangażowaniem.
* * *
Ponad trzydzieści lat po likwidacji infrastruktury, która te warunki tworzyła, produkujemy dalej – tyle że bez zaplecza. Z własnego doświadczenia mogę śmiało wskazać, jak drugorzędnie traktujemy dziś pracę archiwizacyjną i redaktorską. Nie do końca rozumiemy też znaczenie jej uznania.
Dziwię się, gdy podstarzali weterani tak zwanej opozycji opowiadają dziś z dumą na panelach, że redagowali ulotki, a widownia złożona z pokolenia moich rodziców kiwa z zachwytem głowami. Przecież to podstawa politycznej działalności, nigdy nie przestała nią być, myślę. Ale nawet niewinna ulotka nie jest wolna od stałej zasady polskiej pamięci historycznej – im dawniej, tym szlachetniej i godniej. Wszystko, co bliskie, jest wandalizmem, natarczywością albo szukaniem dziury w całym. Analogiczną zasadę obowiązuje modna obecnie „troska” o pamięć o roli kobiet w ruchach oporu i „autentyczny” zachwyt nad ich umiejętnościami organizacji pracy politycznej.
Gdy władze krajowe związku mają obiekcje do oficjalnej rejestracji mnie jako redaktora naczelnego, od kolegów z organizacji słyszę: dobra, co za problem, wyznaczmy tego gościa i będzie problem z głowy. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak takie rozwiązanie sytuacji miałoby zakończyć problem – najpewniej dlatego, że sam problem rozumiem inaczej. Ruchom politycznym nie jest straszny rozwlekły proces rejestracji prasy. Nie można tego samego powiedzieć o klasycznym chowaniu kobiety do szafy dla akceptowalnego odbioru społecznego – to jest namacalnym zagrożeniem. Tempo, w jakim jesteśmy w stanie dojść do wniosku, że pragmatycznym posunięciem jest podpisanie mężczyzny pod dziesiątkami godzin pracy, których nie wykonał – łzawiącymi oczami, nocami przed komputerem, zapełnianiem braków i robieniem tego, co w każdym numerze robi się po prostu samo – jest szybkie. Nie zaskakująco szybkie, po prostu szybkie. Produkcja, za którą odpowiadam, przynosi mi satysfakcję; uznaję ją za polityczny obowiązek, a samą pozycję za pewne zobowiązanie wobec struktur, którym poświęciłam lata. Kobiety są kompetentne do takich zadań i głęboko wierzę w niesłuszność podpisywania nas męskimi nazwiskami, których nie nosimy. Rzeczywistość nie pozostawia wątpliwości: za gazetę odpowiada jedna, za stale ulepszający się skład odpowiada druga. Żadna z nas nie nosi męskiego imienia – Gabriela nie jest Gabrielem, a Julia nie jest Julianem.
Archiwum Kulik istnieje, dokumentacja istnieje, jubileuszowy numer gazety wychodzi – a to niemałe osiągnięcie, by oddolna gazeta tego rodzaju nie zniknęła nieopisana w otchłani internetu po jednym czy dwóch plikach PDF. Nazwiska to osobne negocjacje, które nie mają wiele wspólnego z tym, kto realnie pracował. Produkcja ma swoją historię i warunki materialne, które trzeba najpierw nazwać, żeby móc je zmienić.
Gabriela Wilczyńska
ilustracja: Motyw Ludzki I, Zofia Kulik, 1989
Kultura
Feminizm
