Tekst jest częścią dziesiątego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
W internecie często słychać utyskiwania, szczególnie członków naszego pokolenia, na temat stanu obecnej kultury popularnej. Padają coraz bardziej wyświechtane określenia: slop, brainrot, doomscrolling czy enshittification. A może warto spojrzeć szerzej na to, dlaczego właściwie jesteśmy rozczarowani tym, co konsumujemy?
Forma przede wszystkim
Obecne formy spędzania czasu są dostosowane do krótkich treści. Instagram i TikTok – media zorientowane na zwięzłe i sensacyjne treści – paradoksalnie zajmują ogromną część naszej doby.
Wedle badania „Nastolatki 3.0” spędzamy w sieci średnio 5,5 godziny dziennie, a znaczna część naszego etnolektu opiera się na zapożyczeniach z kultury internetowej.
Najgłośniejsze rzeczy dzieją się w mediach społecznościowych, liderzy opinii funkcjonują przede wszystkim właśnie tam. To viralowe informacje i utwory rozrywkowe dominują w dyskusjach. Social media to nowa prasa, choć ta nie odeszła do lamusa. Narzekania na spadający poziom czytelnictwa słusznie traktujemy jako liberalne lamenty za epoką elitarnego intelektualizmu, ale jednocześnie nie możemy pozostawać ślepi na to, że komunikacja w naszym pokoleniu została zredukowana do krótkiej formy. Zostaliśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko musi być kolorowe, szybkie, łatwo przetwarzalne i jednorodne. W naszym pokoleniu nie piszemy artykułów opinii, tylko nagrywamy rolki. Oczywiście, to nie jest źródło problemu, ale adaptacja do absurdalnych warunków, w które nas wrzucono.
Technogiganci to ostateczni cenzorzy: to właśnie ich platformy dyktują nam tematy do rozmowy.
Platformizacja: dziel i rządź
Jak pańszczyźniani chłopi uprawiamy poletka technofeudałów na ich platformach społecznościowych. Chcesz nagrywać muzykę? Bez Spotify się nie obędzie. Chcesz pisać? W zależności od swoich potrzeb skończysz na Wattpadzie, Substacku bądź Archive of Our Own. Wideo? Witaj na YouTube. Wiadomości ze świata polityki? Zaprzyjaźnij się z Twitterem lub Instagramem. Cokolwiek chcemy robić, kapitał już zdążył skolonizować ten obszar życia i stworzyć do tego platformę. Problem platform polega na tym, że nie jesteśmy właścicielami tego, co publikujemy — wszystko, co tworzymy, zostaje zamknięte w ich ekosystemie. Ewentualne wynagrodzenie spływa na bardzo wąski procent najpopularniejszych twórców, reszta z nas musi zadowolić się łechtaniem ego cyferkami oddającymi mityczny engagement.
Efekty? Każdy z nas, żeby móc istnieć i przebijać się ze swoją twórczością, musi dostosować się do zasad platform bez możliwości ich negocjacji. To, co stworzymy, może w dowolnym momencie zostać usunięte przez arbitralny osąd naszych technofeudałów. Nic zatem dziwnego, że jesteśmy zalewani ogromną powodzią jednolitej papki, którą wszystkie zajadamy z lubością. Nie mamy innej możliwości.
Korpoprodukcja dla wszystkich
A co z mediami tradycyjnymi? Gdzie podziały się filmy, gry i piosenki, które mogliśmy uznać za znaczące dla danego pokolenia? Kapitał nie oszczędził tradycyjnych mediów. Pogoń za niekończącymi się zyskami odczuwalnie uderzył w pracowników przemysłu rozrywkowego. Chciwość producentów i korporacyjnych garniturów likwidowała kolejne zabezpieczenia umożliwiające kreatywne tworzenie ciekawych projektów. Prekaryzacja, crunch, obniżanie pensji, zwolnienia po zamykaniu projektów i narzucanie coraz wyższych wymagań finansowych mogły skończyć się tylko jednym: neoliberalnym uniformizmem. Filmy, gry czy albumy są obliczone na bycie jak najmniej ofensywnymi. Nawiązują do nostalgii za innymi czasami, ponieważ muszą się sprzedać. Wszystko jest remake’iem, rebootem czy kontynuacją rzeczy z lat 80. Ten pseudoeskapizm i zatopienie w przeszłości to nic innego jak próba ukrycia tego, że korporacje odarły sztukę z możliwości realnej ekspresji na rzecz zysków. Nie oznacza to, że sztuki już nie ma, ale że w skali makro mamy do czynienia z pustymi produktami.
Za co masz tworzyć?
Z czym więc zostajemy? Jeśli chcemy tworzyć, spycha się nas do Internetu i próbuje przekonać, że powinniśmy być wdzięczni, jeśli jakiś bogacz zdecyduje się rzucić ochłapy za naszą pracę. Granie w zespole oznacza mniej czasu na pracę zarobkową, więc musimy się liczyć z tym, że nie będziemy mieli jak się z tego utrzymać. Cokolwiek chcemy wydać, musimy liczyć się z tym, że wydawnicze kartele będą wyciskać z naszej sztuki ostatnie grosze. Walkę z tyranią komercjalizacji i kapitału musimy zacząć od przełamania narracji, że tworzenie jest niczym więcej niż marnowaniem czasu. Potrzebujemy przestrzeni, fizycznych przestrzeni, do gromadzenia się i wymieniania własną twórczością. Własna prasa, własne kluby, wspólny sprzęt, strony internetowe, gdzie będziemy publikować nawzajem swoje treści. Wymaga to również czegoś innego, czego nam brakuje: ducha współpracy. Jeśli wierzymy, że nasi koledzy i koleżanki to nasi rywale na „rynku sztuki”, to już przegrywamy walkę z kapitałem i skazaliśmy siebie na marginalizację jako niewolnicy korporacji. Taka współpraca wymaga innej perspektywy niż obsesja liczb, obserwujących i własnego ego oraz otwarcia na innych. Oznacza to też ciągły wysiłek nad utrzymaniem relacji, ale nie ma innej drogi. Nie ma alternatywy — bez walki nie liczmy na lepsze życie.
Mikołaj Jędrzejewski
Kultura
