Oda do dzietności
4 marca 2026
Tekst jest częścią ósmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
W ostatnich miesiącach ominięcie w mediach – tradycyjnych i społecznościowych – tematu dzietności graniczyło z cudem.
Spadająca dzietność w Polsce. Pokolenia, które nie potrafią budować relacji, Polska się kurczy, Ubywa nas coraz szybciej, Dzietność w Polsce szoruje po dnie, Demograficzny dramat, Dzietność zabije polski rynek nieruchomości, Stopniowe wygaszanie kraju.
...grzmią groźne nagłówki. Ciągłe słuchanie i czytanie, jakoby miejsce kobiet było na porodówce, popchnęło naszą redakcję do wniosku, że w kontekście przyszłości i kobiet, trudno nie zawrzeć wątku reprodukcyjnego.
Analizując dyskursy medialne, zauważalne jest, że to właśnie dzietność jest słowem-kluczem. Nie są to dzieci, rodzina, rodzicielstwo, matka, ojciec, wychowanie, opieka. O nich praktycznie się nie mówi, nie to jest w centrum zainteresowania. Najważniejsza jest zastępowalność pokoleń i przyszłość narodu. Wychodzi na to, że zmartwieniem każdego porządnego obywatela powinno być zwiększanie liczby Polaków na wczoraj. Dziwi mnie, że automatycznie nie zapala się czerwona lampeczka w naszych głowach.
Jakie przekonania – mniej lub bardziej ukryte – stoją za twierdzeniem, że priorytetem społeczeństwa musi być rozmnażanie, a państwo musi czcić Matkę Polkę? Przed czym Matka Polka ma nas ochronić? Przede wszystkim: na co państwu dużo obywateli? Jest coś, czego „naród” w obecnym klimacie politycznym desperacko potrzebuje: silna, liczna, biała armia. Dobrym przykładem rozwiniętego państwa z wysokim przyrostem naturalnym jest Izrael. Etnonacjonalistyczny projekt kolonialny ceni sobie kultywację dzietności i traktuje ją jako element imperialistycznej dominacji. Każdy urodzony Izraelczyk to kolejny żołnierz gotowy do największych okrucieństw. Oskarżenia o faszyzm przeszły na przestrzeni ostatnich lat do porządku dziennego do tego stopnia, że próby rozmów o zagrożeniach płynących z tych nastrojów społecznych spalają na panewce. To teraz zakładanie rodziny jest faszystowskie, tak?
Bijący na alarm starają się malować swój obraz jako prorodzinnych, kochających dzieci, działających wbrew indywidualistycznym tendencjom, walczących z antydziecięcą propagandą. To brzmi świetnie na papierze – kolektywistyczne podejście do społeczeństwa i troska o najmłodszych. Utopia kończy się w momencie przełożenia tych deklaracji z papieru na rzeczywistość. Wtedy dowiadujemy się, że zaniepokojeni obywatele nie są zmartwieni stanem opieki okołoporodowej, prawami reprodukcyjnymi kobiet, przyjazną dla matek infrastrukturą (wszak to komunizm!). Co więcej, odpowiedzialnymi za upadek łacińskiej cywilizacji są kobiety – są puste, egoistyczne, mają wygórowane oczekiwania, patrzą tylko na zawartość portfela, a przede wszystkim wolą się puszczać i imprezować.
Z drugiej strony mamy lewicową obsesję na punkcie dzietności, czyli nieudaną kontrę wobec faszyzacji naszego społeczeństwa. Dołączanie się do rozpowszechniania paniki o końcu Polski nie jest najbardziej przemyślaną opcją. Równocześnie, słyszymy mantrę, że zmiany w ilości urodzeń w ogóle nie są kulturowe, a wyłącznie materialno-bytowe. Niemądrym byłoby twierdzić, że brak mieszkania i praca na umowie zleceniu nie są czynnikami wpływającymi na decyzję o założeniu rodziny, jednak uparte wypieranie zmian kulturowych zakrawa na halucynacje.
Bezlitosny neoliberalizm nie sprzyja formowaniu prospołecznych zachowań czy jakiejkolwiek formy kolektywizmu. Wiemy też – dzięki danym – że najuboższe społeczeństwa nie borykają się z niskim przyrostem naturalnym. Nie wytłumaczysz całej rzeczywistości, wskazując na śmieciowe formy zatrudnienia i najem krótkoterminowy. Źródło problemów leży głębiej, a prekaryjna rzeczywistość jest skutkiem, nie przyczyną. Budownictwo społeczne i stabilne zatrudnienie nie są potrzebne po to, żebyśmy mogły zachodzić w ciąże. To nie są towary premium – my ich po prostu wszyscy potrzebujemy. Wbrew temu, co próbuje nam wmówić lobby deweloperskie, mieszkaniec Polski nie jest robakiem, który może godzić się na mieszkanie o parędziesiąt metrów mniejsze niż jego rówieśnik z Francji, bo śmie nie posiadać potomka. Chciejmy dla siebie więcej! Sądzę, że lewa strona politycznego sporu wiele by zyskała, licząc się na poważnie z wyzwaniami stawianymi przez indywidualistyczną technodystopię. Obecna narracja jest ni prawdziwa, ni przekonująca. Z przekonywaniem o niebo lepiej radzą sobie miłośnicy białej Europy.
Jeśli nie chcemy, by kobiety i dziewczęta były zmuszane do macierzyństwa, a równocześnie zależy nam na dobrze prosperującym wykresie prezentującym liczbę urodzeń, to w którymś miejscu rozjeżdżają się nasze przekonania. Ten dysonans jest równoznaczny z założeniem, że instynkt macierzyński to coś pierwotnego, a brak potomstwa jest odchyleniem od normy. To pozwala na wyznawanie bezpiecznej ideologii o nazwie Niech każda robi, jak chce – nie wierzymy nawet w scenariusz, według którego na dzieci nie zdecyduje się więcej niż parę procent kobiet. Prawdziwe wyzwolenie kobiet od przymusu rodzenia oznacza akceptację potencjalnej rzeczywistości, w której dzieci najzwyczajniej w świecie rodzi się mniej. Pytanie Jak możemy zachęcić kobiety do rodzenia? operuje w rejestrze wrogim kobietom, równie absurdalnym niczym zastanawianie się jak zachęcać pracowników do brania nadgodzin, argumentując to troską o produktywność.
Wszystkie powyższe zagadnienia są złożone i zniuansowane. Przerabianie ich na prosty i przyjemny dla ucha odbiorcy przekaz nie jest łatwe, choć zaklinanie rzeczywistości nie jest receptą. Stawką nie jest walka z antynatalizmem, a faszyzmem. Odzwierciedlanie dominujących narracji to kapitulacja, gdzie przegranymi są kobiety.
Gabriela Wilczyńska
Feminizm
