Jak zbrojąc się w imię pokoju, dryfujemy ku wojnie? | TOTALNA MILITARYZACJA
15 sierpnia 2026
Tekst, który przeczytacie poniżej, jest częścią serii Totalna militaryzacja, w toku której będziemy wydawać opiniotwórcze teksty związane z postępującą militaryzacją i jej wpływie na nasze życia – miejsca pracy, naukę, formy organizowania się i relacje społeczne.
Jesteśmy nie tylko młodymi związkowcami i związkowczyniami, ale też ludźmi pilnie obserwującymi i analizującymi świat, w którym żyjemy. Dlatego zależy nam zarówno na codziennym organizowaniu się, jak i na przedstawianiu krytycznych refleksji nad rzeczywistością. To nasza druga seria tematyczna po cyklu Kościół, lewica, konflikt i na pewno nie ostatnia. Mamy nadzieję, że teksty będą stanowić dla Was paliwo do kolejnych dyskusji, działań i przemyśleń. Miłej lektury!
Paradoks odstraszania
W marcu 2025 r. Komisja Europejska przyjęła tzw. Białą Księgę, która wytycza ramy wspólnej strategii obronnej UE. Dokument identyfikuje zagrożenia geopolityczne, opisuje związane z nimi problemy i wskazuje rozwiązania mające utrzymać pokój. Cała strategia konstruowana jest w oparciu o założenie wyrażone wprost w drugim zdaniu wstępu:
Jedynym sposobem, w jaki możemy zapewnić pokój, jest gotowość do odstraszenia tych, którzy chcieliby wyrządzić nam krzywdę1.
Reszta dokumentu stanowi rozwinięcie tego twierdzenia i doprowadzenie go do logicznej konkluzji. Plan przewiduje wdrożenie bezprecedensowego programu remilitaryzacji całej wspólnoty. Do 2030 roku mają zostać osiągnięte cele obejmujące m.in.: wzmocnienie granic, rozbudowę przemysłu zbrojeniowego i radykalną podwyżkę wydatków na obronność, w czym pomóc ma program pożyczek dla państw członkowskich (SAFE). Opisując przygotowania do wojny, autorzy posługują się językiem eksperckim. Dużo miejsca poświęca się zapewnieniu odpowiednich środków, budowaniu i wzmacnianiu zdolności, koordynacji systemów, wspieraniu agregacji popytu, priorytetyzowaniu inwestycji, umożliwianiu kooperacji. Gotowość do odstraszania jest traktowana jako kategoria ekonomiczna – obiektywna, mierzalna i odpolityczniona. Możemy się spierać co do tego, jakie są najlepsze sposoby jej osiągnięcia, usprawniać i optymalizować ten proces, ale sam cel pozostaje niekwestionowany. Unia przyjęła konieczność militaryzacji jako aksjomat, pozbawiony alternatyw i niepodlegający dyskusji. Zamiast silić się na uzasadnienia, autorzy dokumentu postanowili zestawić ze sobą prognozowane wydatki na zbrojenia Rosji i państw członkowskich (uwzględniając parytet siły nabywczej), jakby rachunek miał mówić sam za siebie.
Trudno przy tym nie dostrzec pewnych analogii w tym, jaką logiką kierują się obie strony. Rosja uzasadniała najazd z 2014 r. koniecznością ochrony praw etnicznych Rosjan zagrożonych przez niedemokratyczny przewrót w Kijowie wspierany przez Zachód. Inwazja z 2022 r. była przedstawiana jako konieczna odpowiedź na wojskową ekspansję NATO. Teraz przedstawiciele rosyjskiego rządu twierdzą, że z uwagi na stopień wsparcia wojskowego dla Ukrainy Rosja de facto prowadzi wojnę z całym Zachodem2. To ostatnie stwierdzenie przywoływane jest wprost w Księdze. Wedle Księgi autorytarne państwa takie jak Chiny i Rosja stanowią bezpośrednie zagrożenie dla naszego stylu życia3. Europejscy planiści wielokrotnie wskazują na zagrożenie rosyjską militaryzacją, infiltracją i sabotażem. Z całego dokumentu bije niewyrażone wprost przekonanie że Unia Europejska toczy wojnę z Rosją, skoro ta dopuszcza się prowokacji i aktów wojny hybrydowej. Warto również wspomnieć, że dokument przedstawia jako oczywistość tezę, że jeśli Rosja osiągnie swoje cele terytorialne w Ukrainie, skieruje ekspansję dalej na Zachód.
Zestawienie tych narracji nie ma na celu oceny ich prawdziwości, obrony którejś z tych pozycji, oskarżania stron, ani tym wyrokowania na temat ich moralnej słuszności . Ma jedynie na celu zilustrowanie paradoksu dozbrajania, znanego od dawna w teorii stosunków międzynarodowych: Można go sprowadzić do prostego mechanizmu: państwo zwiększa własne bezpieczeństwo poprzez zbrojenia, ale jego przeciwnik widzi w tych samych zbrojeniach zagrożenie dla siebie; odpowiada więc własnymi zbrojeniami. Pierwsze państwo interpretuje tę reakcję jako potwierdzenie swoich obaw i ponownie zwiększa wydatki na obronność. Symetria przyjmowanej retoryki i analogie wzajemnych oskarżeń są ewidentne. Obie strony uważają się za stronę atakowaną – a przynajmniej tak się przedstawiają – która ma prawo do uzasadnionej odpowiedzi. Każda ze stron działa racjonalnie w ramach założenia, że jedynym sposobem na zapewnienie pokoju (i suwerenności w ramach swojej strefy wpływów) jest militarne odstraszenie przeciwnika. Tymczasem eskalacja prowadzi do eskalacji, a ta geopolityczna gra w cykora może zakończyć się w jeden z trzech sposobów: porozumieniem o wzajemnej deeskalacji, wycofaniem jednej ze stron albo bezpośrednim starciem.
Inercja systemów władzy
Przede wszystkim należy jednak zauważyć, że sam fakt gotowości do prowadzenia wojny nie musi oznaczać zamiaru jej wszczynania. Żadna ze stron nie musi przecież swobodnie korzystać ze zgromadzonych zapasów broni, podejmować działań odwetowych, a już na pewno nie musi przeprowadzać inwazji na pełną skalę. Takich zamiarów z pewnością nie doszukamy się, jeśli wrócimy do Białej Księgi. Podobnie nie znajdziemy ich wyartykułowanych w oficjalnych strategiach obronnych rozwiniętych państw ani w treści traktatów wojskowych. Każde państwo, sojusz czy blok prezentuje się oficjalnie jako nastawiony defensywnie – celem zawsze jest uprawniona obrona integralności granic lub swoich słusznych interesów. Mimo, wbrew naszym europejskim przekonaniom, to od 1945 r. na całym świecie miało miejsce kilkadziesiąt wojen, wojenek, interwencji wojskowych, puczów i zbrojnych rebelii. Okres tzw. zimnej wojny to łańcuch następujących po sobie wojen zastępczych między dwoma blokami, toczonych w cieniu widma nuklearnej zagłady. Upadek ZSRR i początek niekwestionowanej dominacji wojskowej Stanów Zjednoczonych również nie zaprowadziły pokoju na świecie. Pax Americana to okres bombardowania Jugosławii, interwencji wojskowych na Haiti i w Somalii, dwudziestoletniej wojny w Afganistanie, dwóch inwazji na Irak, stałej obecności wojsk USA na Bliskim Wschodzie oraz obecnie trwającej, niesprowokowanej agresji na Iran. Gdy przyjrzymy się retoryce prowodyrów konfliktów, wojny zawsze wszczynane są z pobudek humanitarnych, tylko z konieczności i wyłącznie w granicach prawa międzynarodowego.
Nie powinniśmy wobec tego przywiązywać szczególnej wagi do wartości, jakie biorą na wojenne sztandary geopolityczni gracze. Wojna jest dla państw przedłużeniem polityki – działaniem w celu realizacji ich interesu. Czym jest jednak interes państwa? Kto go ustala i według jakich kryteriów? Nierzadko, rozmawiając o polityce międzynarodowej, generalizujemy, przypisując całym społeczeństwom określone postawy, aspiracje czy cechy. Nie doceniamy przy tym, jak wielką rolę w kształtowaniu polityki odgrywa zwykła bezwładność. Władza polityczna nie jest monolitem. Żadne państwo nie ma jednej, zgodnej ze sobą we wszystkim elity, która dąży do realizacji jednego interesu. Klasa sprawująca władzę to system wzajemnie powiązanych ludzi – tych na oficjalnych stanowiskach, tych wokół nich, ale też tych poza nimi. Ludzi, którzy myślą w perspektywie swoich kadencji, dążąc do realizacji własnych ambicji i maksymalizacji własnych zysków. To środowiska dobrze znających się nawzajem kolegów i wrogów, piastujących funkcje w administracji rządowej, samorządzie, strukturach partyjnych, publicznych i prywatnych przedsiębiorstwach, stowarzyszeniach oraz grupach lobbingowych. Ta operująca po części niejawnie, po części publicznie, sieć wzajemnie powiązanych decydentów nie kieruje się żadną jednolitą ideologią, nie można jej przypisać spójnego systemu wartości ani wspólnego wielkiego planu na rzeczywistość. Jej kształt różni się w zależności od systemu politycznego – czasem większą rolę odgrywa w niej kapitał, czasem partia, a czasem despota i jego klika. Władza cały czas pozostaje jednak tylko polem oddziaływania większych i mniejszych partykularnych sił, których wypadkowa wytycza kierunek polityki.
Równocześnie współczesne zinformatyzowane społeczeństwo nieustannie wytwarza olbrzymie ilości informacji. Media społecznościowe produkują miliony indywidualnych narracji, przekazów i relacji, które tworzą trudny do przebicia szum informacyjny. Największy potencjał mają te oparte na silnych emocjach – oburzeniu, obrzydzeniu, strachu. Inwazja migrantów na Europę, Wołyń, groźba rozpadu NATO, cyberataki, rosyjska rakieta, szturm na granicę – jesteśmy zupełnie sami, wróg stoi u bram. Tego rodzaju geopolityczne newsy chętnie podłapują media głównego nurtu. Niezależnie od politycznych agend i interesów właścicieli koncernów, wydawcy podlegają presji rynku, walcząc o uwagę odbiorców. Jeżeli moja stacja tego nie pokaże, moja gazeta o tym nie napisze, widzowie pójdą do konkurencji. Można wysilić się na bardziej zaawansowaną gimnastykę przy interpretacji danego wydarzenia, ale jeżeli było wystarczająco głośne, nie można go pominąć. Przed wynalezieniem internetu władza polityczna mogła dużo łatwiej kontrolować informacje – stosować cenzurę, forsować propagandę, kreować jakiś obraz rzeczywistości. Obecnie wielkie narracje i rozbudowane ideologie zastąpił marketing polityczny i oportunistyczny synkretyzm. Politycy nie silą się na przekonanie wyborców do spójnego światopoglądu, lecz konstruują własną retorykę w oparciu o trendy.
Społeczeństwo prawie zmilitaryzowane
Tak rozumiana władza polityczna nie jest czymś funkcjonującym ponad społeczeństwem ani poza jego wpływami. Politycy mają wszelkie powody, by wyolbrzymiać zagrożenie zewnętrzne. Kryzys jest okazją do pokazania siły, konsolidacji twardego elektoratu i zebrania niepewnych wokół narodowego sztandaru. Nie trzeba silić się na kreatywność, bo narracje już czekają gotowe w podręcznikach do historii. Wystarczy przypomnieć zabory, Pileckiego, Stalina – dziejowe paralele kreślą się same. Wróg jest już zdehumanizowany, walka uznana za krucjatę moralną, zagrożenie potwierdzone i przetestowane w przeszłości. Gdy tylko kawałek złomu spadnie w polu przy granicy, niebezpieczeństwo zostanie niezwłocznie uwiarygodnione i uaktualnione. Jak lepiej skrytykować rząd, niż wytykając mu spolegliwość wobec wroga narodu, zakrawającą niemal na zdradę stanu? Jakże inaczej odeprzeć takie zarzuty, jeśli nie okazując stanowczość wobec tego wroga? Wewnętrzną debatą polityczną na temat bezpieczeństwa rządzi niejako podobny mechanizm eskalacji, co w przypadku polityki międzynarodowej. Zarówno skrajni podżegacze, jak i bardziej lekkostrawna prawica stali się zakładnikami własnych narracji. Politycy muszą odpowiadać na rozdęte do granic absurdu zagrożenia i odpowiadające im oczekiwania wyborców. Militaryzacja społeczeństwa oznacza nie tylko większe możliwości odstraszania, ale też większą akceptację wobec działań militarnych i normalizację działań wojskowych jako elementu polityki międzynarodowej. Pomimo licznych demonstracji ekscytacji i wojennego ferworu, które od czasu do czasu można obserwować wśród przedstawicieli różnych środowisk politycznych, trudno określić polskie społeczeństwo jako gotowe do wojny.
Według sondażu IBRiS z lipca tego roku 77% Polaków popiera wprowadzenie obowiązkowych szkoleń wojskowych, a 38% – przywrócenie poboru. Jednocześnie tylko 11,7% zdecydowanie deklaruje, że samo chwyciłoby za broń w razie wojny, a łącznie 58,1% zdecydowanie lub raczej nie zamierza włączać się w działania obronne.
Choć trudno oprzeć na jednym, mało zniuansowanym badaniu całościową diagnozę podejścia Polaków do wojny, można z niego wyciągnąć kilka roboczych wniosków. Po pierwsze, widać wysokie poparcie dla środków zmierzających do przygotowania kraju do wojny. Nie jest to w żaden sposób zaskakujące, bo w całym dyskursie zasadniczo panuje konsensus na temat konieczności militaryzacji. Po drugie, poparcie dla ogólnego kierunku polityki nie przekłada się na osobistą wolę zaangażowania się w działania wojenne. Po trzecie, znaczący rozdźwięk pomiędzy poparciem dla poboru a poparciem dla obowiązkowego przeszkolenia wojskowego sugeruje brak świadomości na temat tego, z czym wiąże się odbycie szkolenia. Obecnie osoba odbywająca dobrowolne przeszkolenie wojskowe składa przysięgę wojskową i wchodzi w skład aktywnej rezerwy. Taka osoba w razie ogłoszenia mobilizacji może zostać wezwana do odbycia służby i zasadniczo nie ma możliwości jej odmówić. Wprowadzenie obowiązkowych, powszechnych szkoleń wojskowych różni się zatem od zasadniczej służby wojskowej tylko okresem jej odbywania.
Od czego zacząć sprzeciw wobec wojny
Obecnie pozycja antywojenna znajduje się poza akceptowanymi ramami dyskursu publicznego. Ten, kto ją deklaruje, jest albo pożytecznym idiotą, który nie jest w stanie dostrzec faktów, albo agentem, który zakrzywia je zgodnie z obcym interesem. Nie znaczy to jednak, że próba otwarcia tej dyskusji jest z góry skazana na porażkę. Powszechne przeświadczenie o przymusie zbrojeń jest postawą społeczeństwa, któremu nie dano żadnej alternatywy, a nie nienaruszalną prawdą objawioną. Przyjmując te ramy, samo publiczne kwestionowanie rzekomej racjonalności strategii eskalacji staje się realnym punktem wyjścia. Taka rozmowa ma kilka naturalnych punktów zaczepienia. Można zacząć od negatywnych skutków zbrojeń – chociażby od coraz bardziej ewidentnego niedofinansowania usług publicznych. Można też odwołać się do czegoś bardziej podstawowego: instynktu samozachowawczego. Większość ludzi, gdy przyjdzie co do czego, myśli najpierw o sobie i swoich bliskich, nie o abstrakcyjnym interesie narodu. Pomimo rosnącego znaczenia grup otwarcie faszystowskich i postępującej faszyzacji bardziej umiarkowanej prawicy, wciąż jedynie niewielka część z nas jest gotowa ryzykować własnym życiem w obronie kraju. Możemy próbować docierać szerzej, zwracając uwagę na realne pułapki prawne, które już teraz czyhają na odbywających przeszkolenie wojskowe. W tym gąszczu potencjalnych dyskursów jedna rzecz pozostaje pewna – jeżeli chcemy na poważnie podejść do kwestii utrzymania pokoju, musimy już teraz zacząć te rozmowy prowadzić otwarcie. Może okazać się, że kiedy wprost wyartykułujemy nasz sprzeciw wobec wojny, będzie on mniej radykalny, niż nam się wydaje.
Dominik Chrabski
ilustracja: Lex Drewinski, galeria plakatu AMS
[2] Siergiej Ławrow, wywiad dla APT opublikowany 2.02.2026 r.
[3] Ibidem s. 2
Władza
