ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Wróg u bram, czyli o granicach | TOTALNA MILITARYZACJA

24 września 2026

Wróg u bram, czyli o granicach | TOTALNA MILITARYZACJA

Tekst, który przeczytacie poniżej, jest częścią serii Totalna militaryzacja, w toku której będziemy wydawać opiniotwórcze teksty związane z postępującą militaryzacją i jej wpływie na nasze życia – miejsca pracy, naukę, formy organizowania się i relacje społeczne.


Każde państwo ma granice, niezależnie od tego, gdzie są wyznaczone. To właśnie tam państwa koncentrują wiele swojej uwagi i swoich środków oraz bardzo intensywnie manifestują swoją władzę. Granica to obszar, gdzie materializują się konsekwencje „suwerenności” i gdzie „broni się interesów” państw. Istnienie granic międzypaństwowych jest nieodzownie związane z użyciem przemocy i nic dziwnego, że to również tam dostrzeżemy intensywnie przyspieszającą militaryzację. Dzisiaj, w ramach naszej serii „Totalna militaryzacja”, postanowiłem sięgnąć do tematu, który jest bezpośrednio sprzężony z galopującą falą militaryzacji: granic Rzeczypospolitej Polskiej i narracji o ich ciągłym oblężeniu.

Jeszcze tylko jeden czołg i będziemy bezpieczni

Na potrzeby tego tekstu ustalmy, że militaryzacja, szczególnie w kontekście granic, to proces wielopłaszczyznowy. Pierwszym wymiarem militaryzacji jest wymiar materialny: rozbudowywanie aparatu wojskowego państwa i reorganizowanie kolejnych jego gałęzi na modłę wojskową (odsyłam tutaj do tekstu o policji). Drugą płaszczyzną tego zjawiska jest działalność nakierowana na społeczeństwo. Mówię tu o wytwarzaniu atmosfery strachu przed inwazją, dyscypliny społecznej ukształtowanej na wojskową modłę i tworzeniu narracji, które usprawiedliwiają bezpośrednie akty przemocy wojskowej.

Co jasne, w tak ułożonej definicji występuje proste sprzężenie zwrotne, w którym militaryzacja niejako nakręca samą siebie. Myślę, że to zjawisko świetnie widać na przykładzie granic: rzekome zagrożenie jest stale wykorzystywane przez polityków do uzasadniania dalszych zbrojeń, a jednocześnie granica staje się swoistym poligonem doświadczalnym dla wojska, jego sprzętu i koncepcji taktyczno-strategicznych.

 Cywil nie zrozumie

Mówiąc o militaryzacji granic, mam na myśli przede wszystkim sytuację na granicy polsko-białoruskiej, określaną najczęściej mianem „kryzysu migracyjnego” lub „wojny hybrydowej”. Te pojęcia nie są neutralne. Pozwalają opisywać konkretną przemoc wobec ludzi jako element znacznie większego konfliktu, którego stawką ma być bezpieczeństwo państwa.

Tymczasem za abstrakcyjnymi pojęciami kryją się zziębnięci, wyczerpani i zdesperowani ludzie, wobec których polskie państwo stosuje przemoc. Militarystyczna narracja odwraca jednak tę perspektywę: każe patrzeć na osoby próbujące przekroczyć granicę nie jak na ludzi, ale jak na element operacji prowadzonej przez wrogie państwa. Pushbacki, drut kolczasty, obecność wojska i kolejne przypadki przemocy przestają być wówczas oceniane same w sobie. Stają się środkami służącymi realizacji nadrzędnego celu – „obronie granicy”.

Konflikt zostaje w ten sposób przeniesiony na inną płaszczyznę. Przeciwnikiem nie mają być już ludzie znajdujący się po drugiej stronie zasieków, lecz wykorzystujące ich reżimy Łukaszenki i Putina, a ostatecznie Rosja. To właśnie pojęcie „wojny hybrydowej” pozwala wpisać działania na granicy w logikę konfliktu militarnego, a przemoc państwa przedstawiać jako konieczną realizację jego prawa do obrony i sprawowania kontroli nad własnym terytorium.

W ten sposób militarystyczna narracja neutralizuje horror tego, co liberalni intelektualiści będą nazywali „kryzysem humanitarnym”, robiąc przy tym skwaszone miny. Estetyczny marketing zbrodni na granicy będzie oczywiście inny, dostosowany do odpowiedniego elektoratu, ale niezależnie od tego, czy będą to okrzyki triumfu ze strony otwarcie faszyzującej prawicy (vide Ziemkiewicz), czy liberalne krokodyle łzy, panuje powszechna zgoda co do tego, że wojna hybrydowa trwa, a strzelanie do migrantów i „uszczelnianie” granicy to konieczność. Jedynym wyłomem z tej szalonej abstraktyzacji zabijania są spontaniczne doniesienia o brutalnych atakach, których ci wiecznie nieznani i pozbawieni indywidualności „nielegalni migranci” mają się dopuszczać na żołnierzach. 

Miny zamiast porodówek

Tak zarysowany konflikt, z ofiarami po stronie „naszych” i masą bezkształtnych barbarzyńców u bram na usługach obcych potęg, to idealne uzasadnienie dla coraz szybszego dozbrajania. Jednak ten szał zakupów nie jest wizją jakiejś zorganizowanej grupy trzymającej władzę, wręcz przeciwnie. Militaryzacja to proces heterogeniczny i policentryczny, który świetnie obrazuje to, jak nieudolne i ociężałe jest polskie państwo. Brak jednorodnego ośrodka decyzyjnego powoduje, że politycy prześcigają się w deklaracjach nowych zakupów i zwiększonych nakładów na wielkie projekty oraz sprzęt dla generałów i sztabowców, którzy cały czas nie mają konkretnego pola bitwy. Symbolem tego szaleństwa jest program „Tarcza Wschód”. Granica polsko-białoruska i polsko-rosyjska mają zostać opasane fortyfikacjami, które zawstydzą linię Maginota: rowy melioracyjne, zapory przeciwczołgowe, pola minowe, a nawet pas terenu, przekształcony w mokradła, żeby „ograniczyć mobilność przeciwnika”. Strefa wykluczenia ma sięgać aż 50 kilometrów w głąb kraju, a zabezpieczać ją mają 53 bazy wojskowe. Cały projekt ma kosztować 10 miliardów złotych. W zbrojeniach oszczędności nie ma. Jaki jest sens budowania ogromnej linii fortyfikacji w dobie wojny mobilnej? Generałowie zawsze przygotowują się na wojnę, która już była, a nie na tę, która ma nadejść, aczkolwiek nie sposób oprzeć się wrażeniu, że budowanie strefy śmierci, która będzie ciągnąć się na ponad 700 kilometrów to przykład szaleńczej megalomanii, którą przypisalibyśmy dyktatorowi pokroju Idi Amina czy Papa Doca. Naiwny byłby ten, kto zakłada, że mania wielkości polityków i wojskowych zatrzyma się na mobilizacji materiałowej. Celowo używam słowa „mobilizacja”, bo oczywiste jest, że na sprzęcie i budowach się nie skończy, ponieważ każdy z tych projektów potrzebuje najbardziej prymitywnego źródła zasilania: ludzi. Mięsem armia stoi i jeśli spojrzymy na obecną trajektorię procesu militaryzacji i doprowadzimy założenia tego projektu do ich logicznych konkluzji, to musimy zdawać sobie sprawę, że kulminacją tego szaleństwa musi być przywrócenie poboru. Tak, przywrócenie, bowiem pobór w Polsce został wyłącznie zawieszony. Pomijając głosy mężczyzn w średnim i podeszłym wieku, przekonanych o własnej nieomylności i kształtującym charakterze wojska, już nawet media i think tanki uważane w Polsce za mainstreamowe powoli wpychają do przestrzeni internetowej głosy o zasadności przywrócenia poboru (np. Klub Jagielloński, który z właściwą sobie fiksacją na punkcie antyfeminizmu opublikował ten tekst o konieczności wprowadzenia poboru również dla kobiet). Pobór może być bliżej, niż myślimy, skoro już dziś otrzymujemy wezwania na szkolenia wojskowe, które mają kończyć się przysięgą i wstąpieniem do rezerwy czynnej (sic!), ale przecież to wszystko ma na celu wyłącznie obronę, wszak jesteśmy pod ciągłym atakiem

Mamy młotki, pora poszukać gwoździ

Pewnym znaczącym rozdźwiękiem w militarystycznej narracji jest to, że te wszystkie czołgi, helikoptery i okopy nie przystają do obecnie kreowanego obrazu wojny. „Wojna hybrydowa”, opierająca się na sabotażu, atakach hakerskich i aktywności na Twitterze (sic!), z natury rzeczy nie stanowi dobrego pola dla wojsk konwencjonalnych. Oczywiste jest, że taki jest cel tego quasi-makkartystowskiego konstruktu, tzn. wytworzenie nieuchwytnego i wszechobecnego wroga, który może czaić się za każdym rogiem i nosić twarz każdego z twoich sąsiadów. Wroga, który tylko czeka, żeby wykorzystać brak podejrzliwości swoich współobywateli. To podejście zostawia pewną próżnię dla działań aparatu przymusu państwa, którą świetnie zapełnia forsowana koncepcja granicy jako strefy wojny. Z punktu widzenia sztabowców taka ciągła sytuacja kryzysu, która wymaga czegoś na kształt „specjalnej operacji wojskowej” przeprowadzanej w celu ochrony granic, to idealny poligon doświadczalny. Gdzie lepiej szkolić kontrwywiadowców z działań przeciwinfiltracyjnych i operatorów dronów z wykrywania celów? Portal Defence24 informował w lipcu 2026 o liczbie żołnierzy na granicy w następujący sposób:

Jak wynika z danych przedstawionych w Sejmie jeszcze w marcu 2024 roku przez wiceszefa MON Cezarego Tomczyka, w 2021 roku na granicy było średnio 5,6 tys. żołnierzy, w 2022 – 6,7 tys., a rok później, po oddaniu pierwszej stałej bariery na granicy – 3 tys. W 2024 roku liczbę żołnierzy ponownie jednak podwyższono [...].

Wojsko ćwiczy się nie tylko sprzętowo i operacyjnie, ale generalicja i politycy dbają również o przygotowanie psychiczne. Żołnierzy przygotowuje się do zabijania na rozkaz i bez litości, niezależnie od tego, czy nazwiemy to „neutralizacją celu”, czy „obezwładnieniem siły żywej wroga”. Atmosfera panicznej paranoi i usprawiedliwiania dehumanizacji ludzi próbujących przekroczyć granicę tworzy ludzi takich jak Karol S. Jeśli potrzebujecie odświeżenia pamięci: to ten mundurowy, który poszedł na rozprawę w koszulce neonazistowskiego zespołu Honor, dumnie pokazując swój tatuaż ze swastyką. Tego rodzaju nastawienie w Siłach Zbrojnych to cel postępującej militaryzacji, nie efekt uboczny. Sięgając do wzorców kraju, który znany jest z toczenia wiecznych i regularnych wojen, czyli USA, bardzo szybko trafimy na przykłady otwarcie faszystowskich frakcji, które wypączkowały z sił zbrojnych (patrz: Atomwaffen czy The Base), czy celebrytów wojskowych (patrz: Chris Kyle). Prawdziwie fanatycznie zmotywowany żołnierz to dobry, posłuszny i karny żołnierz. Rzecz jasna, przypadki ludzi takich jak Karol S. to nie są rysem charakterologicznym każdego noszącego mundur Sił Zbrojnych RP. Podobni do niego to ikony i wzory do naśladowania, swoiści paladyni kultu wojskowej siły.

 Ty też możesz zostać agentem

Operacje na granicy to świetna okazja do testowania rozpoznania w wojsku, ale również aparatu inwigilacji wewnątrz. Nastawienie wobec polityki państwowej przemocy jest papierkiem lakmusowym lojalności wobec państwa. W logice wojskowej posłuszeństwo, dyscyplina i podporządkowanie się rozkazom są wartościami nadrzędnymi. Skoro nie jesteś ślepo zapatrzony w trepów, którzy polują po lasach na ludzi, to jesteś winny niesubordynacji. W tym wyścigu komentatorów i rządzących o to, kto to jest najbardziej zdeterminowany, twardy i żarliwie oddany sprawie, zachodzi ciekawe odwrócenie w ich narracji. „Zawieszanie” praw i delegowanie coraz większych sił stają się przeciwnością brutalności i autorytaryzmu – stają się wyrazem poświęcenia dla sprawy. Odbiciem tego jest naznaczenie kogokolwiek, kto śmie nie poddawać się tej zbiorowej panice, jako szpiega lub pożytecznego idiotę. W tym wymiarze władza dyscyplinuje społeczeństwo i wprowadza reżim samodyscypliny polegający na stopniowym wykluczaniu głosów przeciwnych. Poza tym ta logika wojskowej hierarchii przenika do działań skierowanych przeciw obywatelom. Inwigilacja wolontariuszy odpowiedzialnych za pomoc ludziom przekraczającym granicę, która eskalowała aż do wymiaru represji sądowej, stanowi jaskrawy przykład tego rodzaju działań. Ciekawym źródłem informacji są zeznania samych funkcjonariuszy Straży Granicznej, którzy rzeczonych aktywistów zatrzymywali, żeby później przeciw nim zeznawać. W artykule OKO.press czytamy:

Zaczął wymuszać [aktywista – przyp. red.], że jeśli nie przyjmiemy od trzeciego cudzoziemca wniosku o ochronę, to poinformowane zostaną media i Rzecznik Praw Obywatelskich. Jestem funkcjonariuszem, jestem człowiekiem, posiadam rodzinę. Takie groźby uderzają w mundur.

– zeznał funkcjonariusz SG.

Nawet sama próba jakiejkolwiek weryfikacji działań aparatu państwa wręcz zakrawa na zdradę. Podobną retorykę przyjęła prokuratorka: 

Pierwsza wystąpiła prokurator Magdalena Rutyna, która uznała, że działanie oskarżonych miało charakter antypaństwowy oraz antysystemowy i zażądała kary jednego roku i czterech miesięcy pozbawienia wolności. 

Oskarżenia o antypaństwowość to klasyk, stosowany w czasach PRL-u z powodzeniem przeciw obdżektorom, a akurat w tym aspekcie III RP zdaje się wpisywać w ten trend z przeszłości.

Granice człowieczeństwa

Co nam pozostaje wobec tak bezdusznego procederu? Myślę, że początkiem jest niepoddawanie się wszechobecnej paranoi i dyscyplinowaniu społecznemu. Militarystyczna narracja, niczym rak, pączkuje i kolonizuje kolejne dziedziny życia, od szkolnictwa po demografię, ale przede wszystkim opiera się na tej grze abstrakcji i próbie oderwania naszych problemów od rzeczywistych ruchów politycznych i przeniesienia ich na płaszczyznę efemerycznych haseł. Patrzmy trzeźwo i nie dajmy się omamić mrzonkami megalomańskich nacjonalistów, którzy codziennie pokazują, ile warte dla nich jest ludzkie życie. Nigdy więcej pushbacków! Nigdy więcej poboru! Nigdy więcej wojny!



Mikołaj Jędrzejewski

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja