Przemysł zbrojeniowy nie wyzwoli pracowników | TOTALNA MILITARYZACJA
Może zrobić to jedynie nowy internacjonalizm.

Tekst, który przeczytacie poniżej, jest częścią serii Totalna militaryzacja, w toku której będziemy wydawać opiniotwórcze teksty związane z postępującą militaryzacją i jej wpływie na nasze życia – miejsca pracy, naukę, formy organizowania się i relacje społeczne.
Wzmożenie działalności przemysłu zbrojeniowego coraz częściej przedstawia się jako szansę dla polskiej gospodarki i polskich pracowników. Nie dziwi, że tę narrację podejmują politycy liberalnej prawicy reprezentujący interesy wielkiego kapitału. Większy niepokój budzi jej bezkrytyczne przyjmowanie przez mainstreamową lewicę. Na stronie internetowej Partii Razem możemy przeczytać chociażby apel o konieczności rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego. Tymczasem marksistowska refleksja nad konsekwencjami militaryzacji gospodarki prowadzi do wniosku, że kiedy gospodarka kapitalistyczna zaczyna opierać krajową akumulację na produkcji broni, nie można po prostu z niej zrezygnować – groziłoby to kryzysem reprodukcji kapitału. Wyprodukowaną broń trzeba więc, jak każdy towar w kapitalizmie, kiedyś zużyć – i nie będzie to konsumpcja służąca budowaniu społecznego dobrostanu.
W tym miejscu warto przypomnieć pojęcie kompleksu militarno-przemysłowego. Spopularyzował je Dwight D. Eisenhower – generał i prezydent Stanów Zjednoczonych, któremu trudno przypisać lewicowość czy pacyfizm. W pożegnalnym przemówieniu z 17 stycznia 1961 roku ostrzegał przed „nieuzasadnionym wpływem” kompleksu militarno-przemysłowego na władze państwowe. Wskazywał, że trwałe powiązanie interesów armii, przemysłu zbrojeniowego i instytucji państwowych może prowadzić do podporządkowania polityki publicznej interesom sektora wojennego.
Kompleks militarno-przemysłowy w sposób konkretny najlepiej zrozumieć przez analizę wytworzonego w jego obrębie stałego układu zależności. Wygląda on następująco: państwo finansuje zamówienia wojskowe, wielcy potentaci przemysłu zbrojeniowego czerpią z nich zyski, a armia uzyskuje nowe zasoby. Politycy głównego nurtu przedstawiają ten obieg jako obronę interesu narodowego; dla pozoru pluralizmu politycy określający się jako lewicowi mogą dorzucić argument o „ochronie miejsc pracy”. Z czasem układ zamyka się w błędnym kole. Żeby trwać, potrzebuje kolejnych kontraktów i następnych programów modernizacji wojska. Niezbędne staje się więc wytwarzanie kolejnych zagrożeń. W konsekwencji to, co początkowo przedstawiano jako konieczną reakcję na konkretną sytuację międzynarodową, z czasem staje się trwałym mechanizmem reprodukcji kapitału jednych i umacniania władzy politycznej drugich. Układ się zamyka.
Dla osób nieprzekonanych taka diagnoza może brzmieć jak teoria spiskowa. Warto więc spojrzeć na nią strukturalnie. W kapitalizmie produkcja nie jest organizowana przede wszystkim po to, by zaspokajać potrzeby społeczne, lecz by pomnażać kapitał jego właścicieli. Opisywał to Marks w schemacie pieniądz–towar–więcej pieniądza: kapitał przechodzi przez produkcję i sprzedaż towaru, a zawarta w nim nieopłacona praca dodatkowa robotników pozwala właścicielowi wrócić do obiegu z większą sumą pieniędzy — jak za dotknięciem magicznej różdżki. Żeby logika nieustannej akumulacji mogła działać, towar musi zostać wytworzony, sprzedany z zyskiem i zastąpiony kolejnym.
W przypadku przemysłu zbrojeniowego mamy jednak do czynienia z towarem szczególnym. Broń nie jest produktem jak każdy inny – jej społecznym przeznaczeniem jest sianie zniszczenia. Kiedy całe gałęzie gospodarki, a co jeszcze bardziej niepokojące – interesy klasowe, zostają powiązane z produkcją wojenną, powstaje materialny nacisk na podtrzymywanie stanu zagrożenia i nieprzerwane zamówienia. W takim układzie wojna albo sprzedaż broni „państwom sojuszniczym” — którymi w obecnej sytuacji geopolitycznej Polski często bywają ludobójcze reżimy, takie jak syjonistyczna dyktatura Izraela — stają się warunkiem podtrzymywania określonego modelu akumulacji.
Seymour Melman, pisząc o „permanentnej gospodarce wojennej”, wskazywał, że trwałe podporządkowanie ogromnych zasobów produkcji militarnej działa pasożytniczo wobec gospodarki cywilnej. Przekierowanie energii organizacyjnej państwa ku sektorowi militarnemu osłabia produkcję dóbr konsumpcyjnych i ogranicza wydatki na cele społeczne. W polskim kontekście najlepszym potwierdzeniem tej tezy jest bezkresna dziura w Narodowym Funduszu Zdrowia, aktywnie pogłębiana przez rząd Donalda Tuska. Co więcej, permanentny stan zagrożenia utrudnia demokratyczną kontrolę nad gospodarką. Wciąż słyszymy przecież, że „w ciężkich czasach nie czas na demokrację”, że teraz trzeba zaciskać pasa, podporządkować się racji stanu i odłożyć społeczne postulaty na później.
Przemysł zbrojeniowy odsłania jedne z najostrzejszych sprzeczności kapitalizmu. To, co opinii publicznej przedstawia się jako ponadklasowy interes narodowy, staje się w praktyce mechanizmem transferu publicznych pieniędzy do przedsiębiorstw zbrojeniowych i stabilizowania zysków kapitału. Państwo kapitalistyczne występuje tu jako organizator zarówno materialnego, jak i ideologicznego popytu na produkcję wojenną — wbrew temu, co głoszą tak zwani „państwowcy”, widzący w nim uniwersalnego organizatora życia publicznego.
Państwo kapitalistyczne w tym scenariuszu jawi się jako organizator materialnego i ideologicznego popytu dla sektora wojennego, wbrew temu co głoszą tak zwani „państwowcy”, którzy chcieliby widzieć w nim uniwersalnego organizatora życia publicznego. Z jednej strony, w polu materialnym, państwo kapitalistyczne finansuje produkcję militarną, gwarantując przedsiębiorstwom kontrakty; z drugiej – w społecznej nadbudowie wytwarza ideologiczne uzasadnienie dla podejmowanych działań zbrojeniowych i dyscyplinuje społeczeństwo językiem zagrożenia.
Kapitalizm nie posuwa się ku militaryzacji wtedy, gdy czuje się „pewny siebie”. Marksistowscy ekonomiści, tacy jak Paul Baran i Paul Sweezy, wykazywali, że wydatki militarne są jednym ze sposobów absorbowania nadwyżki w kryzysowym stadium kapitalizmu monopolistycznego. Zbrojenia mogą podtrzymywać akumulację tam, gdzie gospodarka cywilna nie jest w stanie wchłonąć nadprodukcji i nadwyżkowego kapitału. Innymi słowy, intensyfikacja międzynarodowego wyścigu zbrojeń świadczy o tym, że kapitalizm znalazł się w momencie kryzysowym, a militaryzacja może być jednym z najbardziej przerażających sposobów ratowania jego rentowności.
Uzbrojeni w tę wiedzę musimy bez cienia wątpliwości uznać retorykę przedstawiającą rozwój przemysłu zbrojeniowego jako „szansę dla polskich pracowników” za skrajnie szkodliwą. Fabryki broni mogą zapewniać stabilne zatrudnienie. Zasadnicze pytanie brzmi jednak: zatrudnienie przy czym? Jeśli lewica zaczyna bronić miejsc pracy w sektorze, którego rozwój jest sprzęgnięty z nowym światowym wyścigiem zbrojeń i który dostarcza pretekstu do utrzymywania społeczeństwa w stanie ciągłego zagrożenia, porzuca perspektywę emancypacyjną. Zamiast walczyć o przestawienie światowej gospodarki na tory kontrolowanej przez pracowników produkcji społecznie użytecznej, akceptuje logikę, w której pracownik ma być chroniony tylko o tyle, o ile produkuje narzędzia wojny.
Tę narrację można opisać historycznym pojęciem socjalszowinizmu, związanym z rozpadem ruchu socjaldemokratycznego w 1914 roku. Obietnica ochrony klasy pracującej zostaje w niej związana z interesem własnego państwa narodowego i jego aparatu militarnego. Pracownik nie ma odczuwać internacjonalistycznej solidarności z uciskanymi i wyzyskiwanymi w innych krajach. Jego sytuacja materialna zostaje uzależniona od produkcji środków przemocy, a interes klasowy utożsamiony z interesem kapitalistycznego państwa. W rezultacie język solidarności zastępuje język narodowej konkurencji, a krytykę militaryzmu wypiera retoryka „realizmu” i „odpowiedzialności”.
Potrzebne jest nam radykalnie odmienne podejście. Wojna w Ukrainie jeszcze się nie skończyła, ale jej zwycięzców możemy wskazać już teraz. Są nimi rosyjskie, ukraińskie, amerykańskie i europejskie frakcje oligarchii związane z przemysłem zbrojeniowym. Wzrost produkcji w sektorze zbrojeniowym, nieuchronnie związany z wojną, przyniósł im zyski i umocnił ich wpływy. Im dłużej trwa konflikt, tym dłużej utrzymuje się ten wzrost. Przegranymi od początku byli ukraińscy i rosyjscy pracownicy, których rządy w ramach przymusowego poboru wysyłają całymi zastępami na rzeź – stosując jedną z najbardziej nieludzkich praktyk państw kapitalistycznych. Jedynym wyjściem z tego konfliktu jest solidarność klasowa przekraczająca granice narodowe. Żaden traktat pokojowy między państwami kapitalistycznymi nie powstrzyma na stałe militarystycznej logiki systemu.
Nie należy przy tym popadać w fałszywy symetryzm. Trzeba pamiętać o skali brutalności rosyjskiej agresji z 2022 roku. Putin okazał się wzorowym uczniem „wolnego” świata, który wcześniej prowadził podobne „operacje specjalne” w Wietnamie, Iraku czy na Grenadzie. Nie można też oczekiwać, że ukraińscy pracownicy z dnia na dzień wybaczą zbrodnie popełnione w Buczy i Mariupolu. Mimo to, dziś, gdy wojna na dobre weszła w fazę okopową, zawieszenie antagonizmów narodowych na rzecz solidarności klas opresjonowanych pozostaje jedyną szansą na lepszą przyszłość regionu i świata. To one muszą wspólnie stoczyć bój z autorytarnymi państwami kapitalistycznymi, które pchają je do wyniszczającej walki między sobą.
Każda siła w Rosji, która dąży do zakończenia wojny i budowy sprawiedliwego społeczeństwa wolnego od wielkoruskiego szowinizmu i opartego na solidarności międzynarodowej, będzie skazana na porażkę, jeśli w Ukrainie nie powstanie współpracująca z nią radykalnie antyfaszystowska i antykapitalistyczna formacja polityczna. I odwrotnie: zatrzymanie skrajnie prawicowych tendencji i militaryzacji społeczeństwa w Ukrainie – czego wyrazem są zapowiedzi prezydenta Zełenskiego, że powojenne państwo ma być oparte na modelu Izraela – nie będzie możliwe, dopóki w Rosji nie powstanie radykalny, internacjonalistyczny ruch antywojenny, który odrzuci roszczenia terytorialne na rzecz wspólnej walki z oligarchami zniewalającymi oba narody. Rewolucje w Rosji i Ukrainie muszą nastąpić synchronicznie albo nie nastąpią wcale.
Jeśli takie siły nie wyłonią się prędko w obu państwach, wszystko wskazuje na to, że przez najbliższe lata będziemy za naszą wschodnią granicą oglądać śmierć kolejnych setek tysięcy, a być może milionów, żołnierzy-pracowników. Całość tych rozważań najlepiej podsumowuje fraza Róży Luksemburg: „albo socjalizm, albo barbarzyństwo”.
Z polskiej perspektywy trzeba jasno powiedzieć:
formacje lewicowe powinny stać się orędownikami tak rozumianego nowego internacjonalizmu i demokracji pracowniczej, zamiast ustawiać się w pierwszym szeregu lobbystów narodowej oligarchii zbrojeniowej.
Historia pokazuje, że okresy wojen stawały się momentami rozkwitu ruchów emancypacyjnych, które dążyły do zerwania z logiką systemu reprodukującego konflikty zbrojne. Może właśnie nastał najlepszy moment, by polska lewica poszerzyła horyzont poza prezentowany dziś miałki reformizm. Chyba że chcemy za rok obudzić się w rzeczywistości, w której nad naszymi miastami latają setki dronów bojowych, a polscy pracownicy są hurtowo wysyłani na wojenne pola śmierci. Parafrazując Che Guevarę: internacjonalizm albo śmierć. Innej drogi nie ma.
Mateusz Skoratko, student Uniwersytetu Warszawskiego
Władza



