3% na naukę: MNiSW (w końcu) odpowiada
W maju br. ponad 30 tysięcy osób podpisało apel 3% PKB na naukę, a pod Sejmem odbył się największy od dekad protest polskiego sektora nauki i szkolnictwa wyższego. Protest połączył pracowników uczelni, instytutów PAN, doktorantów i studentów. Do postulatów dotyczących wynagrodzeń i finansowania badań dołączyliśmy żądania dotyczące warunków studiowania: realnie dostępnych stypendiów socjalnych, inwestycji w tanie akademiki i publicznych stołówek.
fot. Joanna Zychla
Po blisko trzech miesiącach resort odpowiedział na apel. Dokument podpisany przez ministra Marcina Kulaska jest fascynującą lekturą. Okazuje się, że ministerstwo problemy zna, „aktywnie działa”, „pracuje nad” rozwiązaniami, „systematycznie” poprawia sytuację i jest „coraz bliżej finału”. Niektóre kroki resortu miały miejsce jeszcze przed objęciem przez Kulaska stanowiska, inne zostały wymuszone przez protestujących, część istnieje tylko w zapowiedziach.
3 procent? Może 2,2, ale kiedyś
Ministerstwo odpowiada, że „kluczowe” jest utrzymanie tendencji wzrostowej, aby „w możliwie najszybszym tempie” osiągnąć 2,2% PKB, czyli średnią unijną. Kiedy miałoby się to wydarzyć i jak ma wyglądać droga do tego poziomu? Tego już nie wiadomo. Wiemy za to, jak wyglądają najbliższe budżety. W swojej odpowiedzi minister sam podaje, że środki publiczne przewidziane na szkolnictwo wyższe i naukę w 2026 roku wzrosły względem 2025 roku nominalnie o zaledwie 0,4%.
Jeszcze ciekawiej wygląda szerszy kontekst, gdy spojrzymy poza ten jeden dokument. Według informacji przekazanych przez MNiSW „Forum Akademickiemu” w przygotowywanym budżecie na 2027 rok wydatki pozostające w dyspozycji ministra nauki mają wzrosnąć o około 870 mln złotych. To wzrost o połowę mniejszy niż rok wcześniej. Ostateczne kwoty są jeszcze przedmiotem negocjacji, ale trudno uznać przedstawiony punkt wyjścia za marsz w kierunku 3% PKB.
Ministerstwo odpowiada więc na postulat radykalnego zwiększenia finansowania deklaracją osiągnięcia znacznie niższego celu i bez terminu jego realizacji, podczas gdy przygotowywany przez rząd budżet nie zapowiada żadnego przełomu.
40 procent podwyżki, ale nie patrz na inflację
Podobną metodą resort odpowiada na postulat godnych wynagrodzeń. Minister chwali się 30-procentową podwyżką dla kadry akademickiej w 2024 roku i podsumowuje:
Łącznie to wzrost płac w stosunkowo krótkim okresie o niemal 40%.
Resort sprytnie unika najważniejsze informacji: podwyżki miały miejsce po latach spadku realnej wartości wynagrodzeń i rosnącej inflacji. Duża liczba procentowa nie zmienia faktu, że minimalne wynagrodzenia części pracowników nauki pozostają dramatycznie niskie.
Co ciekawe, kilka akapitów wcześniej sam minister przyznaje, że obecny mechanizm wynagradzania „wymaga gruntownej zmiany i ta jest przygotowywana”. Nowy system ma być coraz bliżej finału, więc nasuwa się na usta pytanie: kiedy go poznamy? Otóż nie wiadomo. Ministerstwo Nauki prowadzi rozmowy z Ministerstwem Finansów i publicznie apeluje o zwiększenie nakładów – brzmi jak grupa zaniepokojonych obywateli, nie część koalicji rządowej.
Od ministra odpowiedzialnego za naukę oczekiwalibyśmy jednak czegoś więcej niż publicznego przyznania, że nauka potrzebuje pieniędzy. O tym wszyscy wiedzieliśmy na długo przed protestem.
NCN: jednorazowe pieniądze jako systemowy sukces
Wśród swoich osiągnięć ministerstwo wymienia również „odblokowanie znaczących środków dla Narodowego Centrum Nauki”. Chodzi o 500 milionów złotych w obligacjach skarbowych. Ich przekazanie premier Donald Tusk zapowiedział jednak już w listopadzie 2024 roku, a więc na długo przed majowym protestem i przed objęciem przez Marcina Kulaska stanowiska ministra. Przez kolejne miesiące problemem pozostawała możliwość faktycznego wykorzystania tych pieniędzy.
Co ważniejsze, nie jest to trwałe zwiększenie podstawowego finansowania NCN. To jednorazowa pula środków do wykorzystania w kolejnych latach. Samo Centrum podkreślało, że obligacje nie rozwiązują systemowego problemu jego finansowania. W 2026 roku budżet NCN pozostaje w praktyce zamrożony. W odpowiedzi na żądanie trwałego zwiększenia nakładów dostajemy więc opowieść o jednorazowych środkach przyznanych jeszcze wcześniej.
Stypendia socjalne, czyli sukces, który nadal wyklucza biednych studiujących
Przejdźmy do spraw studenckich. W petycji zwracaliśmy uwagę na absurdalnie niski próg dochodowy uprawniający do stypendium socjalnego:
Dla przykładu, stypendium socjalne ma tak wyśrubowany próg dochodowy, że nie przysługuje nawet osobie, której rodzice zarabiają pensję minimalną. W związku z tym apelujemy o urealnienie progu dla wspomnianego stypendium i zapewnienie odpowiedniej infrastruktury socjalnej.
Ministerstwo odpowiada, że od października 2024 roku próg jest powiązany z płacą minimalną i wynosi 45% minimalnego wynagrodzenia z poprzedniego roku. Od października 2026 roku ma wzrosnąć z 1908,90 zł do 2099,70 zł netto na osobę w rodzinie. Minister twierdzi też, że rośnie liczba studiujących, którzy kwalifikują się do objęcia pomocą. Z samego podniesienia progu niczego takiego jednak nie da się wywnioskować. Ministerstwo, jak zawsze, nie przedstawia danych pokazujących wzrost liczby osób faktycznie kwalifikujących się do świadczenia.
Co najważniejsze: nowy próg nadal będzie wykluczał studentów z rodzin, w których rodzice pracują za płacę minimalną. I to przy mrzonkowym założeniu, że sam student nie pracuje, żeby utrzymać się podczas studiów, a jak wiemy, większość z nas wykonuje jakąś formę pracy zarobkowej. Nadal będziemy tkwić w szalonym kołowrotku – gdy przysługuje nam stypendium socjalne, to zostaje nam ono zabrane w następnym roku akademickim, jeśli otrzymamy za naszą pracę legalne wynagrodzenie.
Można więc „systematycznie urealniać” próg, który nadal nie odpowiada materialnej sytuacji osób, których ten próg dotyczy. Ładnie wygląda za to w ministerialnej odpowiedzi i na resortowych infografikach.
Akademiki: piękne liczby i zakłamywanie rzeczywistości
W części dotyczącej akademików ministerstwo ponownie zasypuje czytelnika dużymi liczbami. Na 2026 rok z Funduszu Dopłat BGK zabezpieczono 400 milionów złotych na budowę, remonty i modernizację akademików, przy dofinansowaniu sięgającym 80–90% kosztów inwestycji. Resort przypomina również o dodatkowych środkach przeznaczanych w poprzednich latach oraz o 1,63 miliardów złotych na 249 inwestycji „związanych z kształceniem”.
Warto najpierw uporządkować ten obraz. Fundusz Dopłat nie jest samodzielnym programem MNiSW, lecz instrumentem realizowanym we współpracy z Ministerstwem Rozwoju i Technologii. Pieniądze przeznaczone są wspólnie na budowę nowych budynków, remonty i modernizacje istniejącego zasobu. To kolejne dobrowolne narzędzie pokazujące bezsilność państwa wobec antysocjalnej polityki prowadzonej przez władze rektorskie – nie można budować porządnej infrastruktury licząc, że włodarze wspaniałomyślnie sami się zgłoszą po środki. Wiemy już teraz, że rektorzy aplikujący o środki na remonty pomijają pustostany będące w ich posiadaniu, a część z nich perspektywa kontrolowanych opłat po prostu od złożenia wniosku o skorzystanie z Funduszu Dopłat zwyczajnie powstrzymuje. Ministerstwo wprost przyznaje, że nie potrafi na taki stan rzeczy wpłynąć.
Tymczasem sam resort przyznawał już na posiedzeniach sejmowej komisji, że w kolejnych latach remontów będzie wymagało około 200 akademików.
Znaczna część nowych środków będzie więc służyć ratowaniu tego, co już istnieje, zamiast zwiększaniu dramatycznie małego zasobu. A skala luki jest ogromna. W Polsce studiuje ponad milion osób, a w publicznych akademikach mieszka zaledwie kilka procent z nich. Według raportu firmy JLL na polskim rynku brakuje około 400 tysięcy miejsc w domach studenckich. Prywatny biznes doskonale widzi tę lukę i buduje kolejne komercyjne „akademiki”, często dostępne cenowo głównie dla najzamożniejszych studentów. Państwo odpowiada na ten sam problem kwotami, które w skali całego kraju pozwalają najwyżej łatać niewielką część wieloletnich zaniedbań. Równolegle w kolejnych polskich miastach zapowiadane jest otwarcie kolejnych pseudo-akademików, między innymi w Gdańsku, gdzie powstać ma kolejny potworek spółki Student Depot.
Dobrym punktem odniesienia są dane, którymi rząd chwalił się już wcześniej: ponad 3 200 nowych lub wyremontowanych miejsc. Brzmi dobrze wyłącznie bez kontekstu. To ułamek istniejącego zasobu i marny ogryzek wobec niedoboru liczonego w setkach tysięcy miejsc. Do tego liczba „nowych lub wyremontowanych” miejsc zaciera podstawową różnicę między stworzeniem dodatkowego miejsca a odnowieniem pokoju, który już wcześniej należał do publicznego zasobu.
Jest jeszcze drugi problem, którego odpowiedź ministra w ogóle nie dotyka: publiczny akademik nie spełnia swojej funkcji socjalnej tylko dlatego, że został zbudowany albo wyremontowany. Jeśli wraz ze wzrostem standardu opłaty zaczynają zbliżać się do cen rynkowego najmu, miejsce formalnie istnieje, ale przestaje być realnym narzędziem wyrównywania szans. Już dziś znamy publiczne domy studenckie, w których remont oznaczał znaczący wzrost opłat (np. DS 10 Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, gdzie miejsce kosztuje 1250 złotych za miesiąc). Jednocześnie jedyne, na co może się zdobyć Ministerstwo, to promowanie studenckiego start-upu RentFriends (sic!) ułatwiającego poszukiwanie współlokatorów do wynajmu na rynku prywatnym.
Ministerstwo opisuje więc politykę akademikową przez sumę wydanych pieniędzy i liczbę inwestycji. My pytamy o coś innego: ile tanich, publicznych miejsc rzeczywiście przybędzie i jaka część z nas będzie mogła sobie na nie pozwolić?
Stołówki, nad którymi „prace trwają”
Najbardziej kuriozalna jest jednak odpowiedź na postulat tanich, publicznych stołówek. Ministerstwo pisze:
Prowadzimy prace nad określeniem potrzeb oraz stworzeniem nowoczesnego modelu dostępnych stołówek w oparciu o współpracę z poszczególnymi jednostkami naukowymi.
Brzmi imponująco. Jest tylko jeden problem: ten program miał być gotowy ponad pół roku temu.
O państwowy fundusz finansujący publiczne stołówki walczymy od 2023 roku. W wyniku strajku okupacyjnego na Uniwersytecie Warszawskim Ministerstwo Nauki podpisało z nami porozumienie, w ramach którego wiceministra Karolina Zioło-Pużuk zobowiązała się do przygotowania programu finansowania dostępnych stołówek. Program miał zostać przedstawiony do końca 2025 roku.
W grudniu 2025 roku zapytaliśmy o stan prac. Później spotkania odwoływano, a na korespondencję przestano odpowiadać (przy okazji młodzieżówka Nowej Lewicy oskarżyła nas o nękanie w sieci, bo w naszych wpisach domagaliśmy się podjęcia działań i nie baliśmy się oznaczyć konkretnych kont działaczy partyjnych, cóż). Kiedy po kolejnych naciskach wróciliśmy do rozmów, usłyszeliśmy, że… obowiązujące przepisy nie pozwalają ministerstwu finansować stołówek. Dlatego walczymy o fundusz, halo! O przepisach i upadku stołówek pisaliśmy w Jak upadały publiczne stołówki w Polsce?.
9 czerwca sprawa trafiła na specjalnie poświęcone jej posiedzenie sejmowej Komisji Edukacji i Nauki. MNiSW jako dowód swoich działań przedstawiło ankietę przeprowadzoną przez Parlament Studentów RP oraz pilotaż na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. O obu rzeczach słyszeliśmy już rok wcześniej. Dwa miesiące później minister Kulasek odpowiada więc osobom, które wywalczyły zobowiązanie do stworzenia programu, że resort właśnie „prowadzi prace” nad modelem stołówek.
Pismo Kulaska jest nielogiczne: najpierw protestujący przez lata wywierają presję na państwo. Następnie ministerstwo podejmuje pod tą presją konkretne zobowiązanie. Nie realizuje go w terminie. W końcu sam fakt, że po terminie nadal nad czymś „pracuje”, przedstawia protestującym jako dowód własnej aktywności.
Co więcej, w lipcu Konferencja Rektorów Uniwersytetów Polskich oficjalnie zaapelowała do rządu o uruchomienie ogólnopolskiego programu wspierającego finansowanie dostępnych posiłków na uczelniach. Po trzech latach kampanii problem jest już uznawany za systemowy nawet przez rektorów największych polskich uniwersytetów.
Pracujemy, przygotowujemy, rozmawiamy
Ten zwrot powraca w odpowiedzi na protest niemal obsesyjnie. Podwyżki wynagrodzeń? Pracujemy. Zwiększenie finansowania? Rozmawiamy z Ministerstwem Finansów. Stołówki? Prowadzimy prace. Sytuacja doktorantów? Prowadzone są prace nad nowelizacją ustawy.
Pierwszy protest miał miejsce właśnie dlatego, że problemy są wszystkim znane od lat, a kolejne deklaracje nie zmieniają materialnej sytuacji nikogo z nas. Zamiast terminów, zobowiązań i odpowiedniej skali finansowania otrzymaliśmy pięć stron autopromocji. Jeżeli resort chce udowodnić, że traktuje własną działkę poważnie, może zacząć od rzeczy całkiem prostej: zrealizować zobowiązania, które już podjął.
Zawalczmy o własny interes, zamiast czekać na nie nadchodzące efekty. Wstąp do związku!
fot. Joanna Zychla
Stołówki
Studia
