Tekst jest częścią ósmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Przeglądając oferty pracy, często natrafiamy na ogłoszenia, w których jednym z warunków stawianych kandydatowi jest posiadanie statusu studenta. Zatrudnianie studentów jest dla pracodawców niezmiernie opłacalne – dzięki temu „oszczędzają” na składkach, które w większości przypadków zatrudnienia cywilnoprawnego muszą odprowadzać.
Część składek na ubezpieczenia społeczne potrącana jest z wynagrodzenia zatrudnionej, natomiast część opłaca pracodawca. Na składki odprowadzane od wynagrodzenia przez pracodawcę składają się emerytalne (9,76%), rentowe (6,5%), wypadkowe (1,67%). Oprócz tego pracodawca, również od umów zlecenia, odprowadza środki na Fundusz Pracy (1%) i Fundusz Solidarnościowy (1,45%) oraz Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych (0,10%). Dla pracodawcy powyższy obowiązek stanowi jeden z kosztów zatrudnienia, a jak wiadomo, pracodawcy kosztów starają się unikać.
Zgodnie z Ustawą z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych, obowiązkowo ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowym podlegają osoby fizyczne, które na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej są osobami wykonującymi pracę na podstawie umowy zlecenia albo innej umowy o świadczenie usług, do której zgodnie z Kodeksem cywilnym stosuje się przepisy dotyczące zlecenia. Wyjątkiem od tej zasady są właśnie studenci i uczniowie szkół ponadpodstawowych do ukończenia 26 roku życia, którzy nie nie podlegają obowiązkowo ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowym (art. 6 ust. 1 pkt. 4 i ust. 4 Ustawy).
Student ubezpieczany jest przez rodzica lub uczelnię. Jest to ubezpieczenie zdrowotne, które gwarantuje dostęp do świadczeń NFZ. Osoba ze statusem studenta, podejmując pracę na umowie zleceniu, może zdecydować się na odprowadzanie składek emerytalnej, rentowych i chorobowej, choć raczej nie spotka się to z zadowoleniem pracodawcy. Studenci zresztą chętnie korzystają ze zwolnienia, bo brak odprowadzania składek to więcej pieniędzy w portfelu.
Czy więcej znaczy lepiej?
Moment ukończenia 26. roku życia bywa dla studentów i młodych pracowników bolesnym zderzeniem z rzeczywistością rynku pracy. Wynagrodzenie, które do tej pory było wypłacane na zasadzie brutto = netto, nagle ulega istotnemu obniżeniu – nie dlatego, że pracownik wykonuje inną pracę lub pracuje gorzej, lecz dlatego, że przestaje korzystać z systemowego wyjątku. Z perspektywy jednostki zmiana ta bywa odczuwana jako „kara za dorosłość”, w istocie oznacza jednak rozpoczęcie współfinansowania systemu zabezpieczenia społecznego przez pracownika i pracodawcę, a nie ujawnienie kosztów, które należałoby eliminować.
Problem ten wpisuje się w szersze zjawisko stopniowego zaniku stabilnych form zatrudnienia wśród młodego pokolenia na rzecz normalizacji umów cywilnoprawnych jako równorzędnej alternatywy dla umowy o pracę. Założeniem systemu zwolnień składkowych dla osób do 26. roku życia miało być wsparcie młodych w wejściu na rynek pracy i zwiększenie ich dochodów rozporządzalnych. Jednakże mechanizm ten wprowadził i utrwala istnienie niestabilnych form zatrudnienia – czego efektem jest sytuacja, w której atrakcyjność nowego pracownika nie wynika z jego kwalifikacji, lecz z posiadanej legitymacji studenckiej.
Prowadzi to również do kuriozalnych sytuacji, w których nowy pracownik zarabia „więcej” od pracownika z kilkuletnim stażem. Dzieje się tak, ponieważ obaj są na minimalnej, jednak jeden z nich nie przekroczył magicznego progu 26 lat życia. I tu leży pies pogrzebany – odpowiedzią na problem nie są zwolnienia składkowe i podatkowe, tylko wynagrodzenia na godnym poziomie i ich regularna waloryzacja. Zarabianie w Polsce minimalnej – na dowolnym stanowisku – jest obecnie standardem. W regulaminach wynagradzania, układach zbiorowych pracy oraz innych aktach wewnątrzzakładowych składniki wynagrodzeń stoją w miejscu, a wynagrodzenie zasadnicze bywa niższe niż płaca minimalna.
Z perspektywy systemu ubezpieczeń społecznych taki stan rzeczy rodzi konsekwencje. Brak oskładkowania oznacza nie tylko niższe przyszłe świadczenia emerytalne i rentowe dla poszczególnych pracownic, lecz także osłabienie wspólnoty ryzyka, na której opiera się cały system ubezpieczeń. Ubezpieczenia społeczne nie są indywidualną lokatą, lecz mechanizmem solidarnościowym – finansowanym przez osoby aktywne zawodowo na rzecz tych, którzy z różnych powodów nie mogą pracować. Długotrwałe wyłączanie całych grup z obowiązku składkowego prowadzi do przesunięcia ciężaru finansowania na węższą grupę pracowników etatowych.
Róża Skrobiś
Praca
Prawo
